KONKURS NA MINIATURĘ ROZSTRZYGNIĘTY

Po zapoznaniu się z ponad pięćdziesięcioma pracami jury postanowiło nagrodzić tekst Pana Arkadiusza Buczka pt. "Urojona dziewczyna, urojony pies". Autorowi gratulujemy, wszystkich zaś zapraszamy na kolejną edycję konkursu. Poniżej publikujemy zwycięski tekst.



UROJONA DZIEWCZYNA, UROJONY PIES

Arkadiusz Buczek


     Dymitr, lat 30 z okładem, facet niebrzydki, ale i nie specjalnie grzeszący urodą, na co dzień pracował jako ochroniarz w jednej z dużych trójmiejskich firm. Miał służbę tam, gdzie został akurat skierowany, a więc mógł to być równie dobrze markowy sklep jak i hala fabryczna. Jednak Dymitr nie mógł narzekać na swoją ciężką pracę, bo ile wystał, tyle zarobił. Plus paru złapanych w miesiącu złodziei, o ile się napatoczyli, to razem dawało niebagatelną kwotę, z której mógł godnie żyć.
     Był typem małomównego samotnika. Jego małomówność i samotność nie tyle wynikały z wewnętrznej potrzeby, ile z chorobliwej nieśmiałości, którą przejawiał już w głębokim dzieciństwie. Miał oczywiście jakichś kolegów w pracy, ale w czasie wolnym, którego – nie ma się co okłamywać – pozostawało niewiele, nie spotykał się z nimi, by wyskoczyć na piwo i dziewczyny.

     Bał się śmierci.
     Bardzo.
     Tak bardzo, że nie lubił siedzieć sam w domu, chociaż może powinien, aby nie trwonić wolnego czasu. Wychodził wtedy na długie spacery niezależnie od pory dnia czy nocy. Głównie na plażę. Gdzie raczej nie miał szansy nikogo spotkać. Cały on.
    Nie był chory na żadną śmiertelną chorobę, nie miał myśli samobójczych ani nikt mu śmiercią nie groził.
    Ale strach to strach.

     To właśnie z powodu tego irracjonalnego strachu przed podróżą w nieznane, mianem której określał śmierć, Dymitr zapragnął mieć obok siebie żywą istotę.
     Na przykład psa.
     Pies, wielki owczarek niemiecki, zapewniał mu poczucie bezpieczeństwa. Wystarczyło, że poczuł się źle i wołał Wilka, bo tak nazwał psa, który przybiegał do niego, kładł mu wielki ciepły łeb na kolanie i mrużył oczy, drapany za sterczącymi uszami...
     Psy podobno wyczuwają śmierć.
     A nawet widzą.
     Wilk niczego nie wyczuwał i nie widział poza swoim właścicielem.

     Być może pies pozwolił Dymitrowi nieco okiełznać wrodzoną nieśmiałość, bo Dymitr poznał dziewczynę. Prawdziwą. Z krwi i kości.
     Miała 24 lata i piękne imię Maria.
     W ogóle była ładna i podobała się Dymitrowi i podobnie jak on pracowała w ochronie.
     Spotkali się w sklepie. Na służbie.
     W krótkim czasie od spotkania Maria wprowadziła się do malutkiego mieszkania Dymitra i odtąd mieszkali już w trójkę: Dymitr, Maria i Wilk.

     W pracy Dymitr często mawiał teraz:
-Muszę spieszyć się do domu, bo Maria czeka z obiadem...
Albo:
-Wilk pewnie nie może doczekać się spaceru...
Także:
-Wybieramy się z Marią i Wilkiem na długi spacer po plaży...
Koledzy dziwnie mu się przyglądali. Za jego plecami pukali się palcem wskazującym w czoło i wywracali znacząco oczami. Dymitr wiedział o tym, ale nie przejmował się. To zazdrość. Zwykła czysta ludzka zazdrość. Że komuś jest lepiej.

     Któregoś wrześniowego poranka Dymitr nie stawił się na służbie.
     Szef firmy ochroniarskiej, która zatrudniała Dymitra, dzwonił do niego kilkakrotnie, ale bez skutku. Nikt nie podnosił słuchawki. Martwa cisza.
     Następnego dnia również nie było go w pracy. I następnego. Kolejnego także...
     Telefonu nadal nikt nie chciał odebrać.
-Czy on mieszka sam!? – Wrzasnął poirytowany szef firmy ochroniarskiej do kolegów Dymitra ze służby.
Koledzy popatrzyli dziwnie po sobie.
-Twierdzi że z dziewczyną o imieniu Maria i psem wabiącym się Wilk – powiedział w końcu najśmielszy i najbardziej rozgarnięty.
-Ale on jest... dziwny – dodał inny.
-Jak to dziwny? – Spytał szef.
-No dziwny.
-Znaczy pierdolnięty na umyśle?
-Tak nam się wydaje – potwierdził śmiały ochroniarz.
-Któryś z was wie, gdzie on mieszka?
Wzruszyli tylko ramionami.
-No pięknie, kurwa mać – wycedził przez zęby szef, o którym nie można powiedzieć, żeby potrafił być zatroskany o swojego pracownika. Liczyła się kasa. Jego kasa.

W południe, kiedy do firmy ochroniarskiej przychodził listonosz, problem rozwiązał się niejako sam. Wśród licznej korespondencji, pism i rachunków, wezwań do zapłaty itp. szef znalazł pismo z Miejskiej Kliniki Psychiatrycznej.
-O kurwa – powiedział szef i przeżegnał się gorliwie, ponieważ należał do bogobojnych ludzi.
     Miejska Klinika Psychiatryczna informowała, że pracownik o imieniu Dymitr i mało istotnym nazwisku oraz adresie zamieszkania stał się jej pacjentem i pensjonariuszem. Lekarze psychiatrzy stwierdzili u niego przewlekłą schizofrenię paranoidalną po tym jak poszedł na pobliski komisariat policji zgłosić popełnione przez siebie morderstwo na dziewczynie imieniem Maria, która rzekomo go zdradziła z kolegą z pracy. Dziewczyna była absolutnie postacią urojoną. Także owczarek niemiecki o imieniu Wilk, w imieniu którego rzeczony Dymitr błagał, aby go nie odwozić do schroniska dla bezdomnych zwierząt, był całkowicie zwierzęciem urojonym. Pacjent tak dalece stracił poczucie rzeczywistości, iż nie nadawał się już do funkcjonowania w normalnym społeczeństwie.
-O kurwa – powtórzył szef i ponownie przeżegnał się, tym razem z wyraźną ulgą.