MAGIC - Wojciech Łuszczyk, zwycięskie opowiadanie 3 edycji Projeku KZO 




Bel dan pa di zanmi.1




Wyrzuciłem pustą butelkę po lemoniadzie za siebie i znów opadłem na gorący piasek. To było chyba najgorętsze lato nad zatoką Gonâve jakie pamiętam. Miałem dopiero dwanaście lat, a pot lał się ze mnie jak z wujka Dominica, który był najgrubszym człowiekiem jakiego wtedy potrafiłem sobie wyobrazić. Było tak gorąco, że jak szliśmy nad wodę musieliśmy kłaść się na ubraniach, żeby rozgrzany piasek nie parzył naszych młodych ciał.

Mimo że zbliżało się południe, a razem z nim największy skwar nasza nierozłączna trójka, czyli ja, Jean-Pierre i Rayuela, nie myślała nawet o powrocie do domów, które w naszym dziecięcym przekonaniu były zbyt ciche i przytłaczające. Rayuela wyciągnęła papierosa, którego, wychodząc z domu podkradła ojcu. Przy takiej temperaturze mój mózg przestawał pracować. Czułem już tylko tytoń wydmuchiwany przez siedzącą obok mnie dziewczynę… i słońce. Słońce, które niemiłosiernie grzało karki.

Mój dziadek zawsze powtarzał, że słońce nad Haiti jest inne niż w jakimkolwiek innym miejscu. Jest bardziej pomarańczowe, a kiedy zachodzi rozpływa się po całym horyzoncie, mówił. Głęboko wierzyłem w te opowieści, bo mój dziadek dużo podróżował. Dopiero kiedy sam wyjechałem z wyspy przekonałem się, że wszędzie świeci tak samo i tak samo razi w oczy.

Byliśmy jednymi z niewielu, którzy w taki dzień decydowali się na siedzenie na dworze, mimo że nie musieli. Oprócz nas przychodzi mi do głowy chyba tylko mój starszy brat, ale on miał depresję, bo zostawiła go dziewczyna i chyba nawet nie zauważał upału.

Kilka dni wcześniej znalazłem długi, patetyczny list, który do niej napisał, ale chyba bał się wysłać. Kiedy przy obiedzie przypadkiem wymsknęły mi się jakieś zdania napisane przez niego zrobił się czerwony jak burak, a potem zlał mnie tak, że do wieczora płakałem. Do dziś pamiętam, że było tam coś o tym, że specjalnie nie golił się, żeby drapać ją po wewnętrznych stronach ud, a potem, gdy nadchodziły chłodne wieczory, grzali się ciepłem własnych ciał.

Rayuela była z nas najstarsza, miała już piętnaście lat, ale z wyglądu nie dawano jej więcej niż mnie i Jean-Pierre’owi. Mój ojciec, kiedy patrzył na jej zwiewne, jasne sukienki i chude ramiona często powtarzał, że wygląda jak nimfa, a ona niezmiennie się za to obrażała. Kiedy wychodziliśmy już z domu, powtarzała w kółko oburzona, że przecież nimfy nie istnieją, więc czemu ona ma być czymś, co nie istnieje? A ja w duchu przyznawałem jej rację.

Już wtedy podziwiałem ją za spokój jakim promieniowała. Nie ustępowała nam w zwariowanych zabawach, ale wszystko robiła dużo bardziej dostojnie. My byliśmy zwykłymi gnojkami, za to ona była już prawdziwą damą. Co prawda w dziurawych skarpetkach i z podrapanym kolanami, ale jednak damą.

Chyba najlepiej zapamiętałem sytuację kilka lat później. To było w nocy, tuż po tym jak mój ojciec bez słowa zamknął za sobą drzwi i po prostu odjechał. Siedzieliśmy na plaży i patrzyliśmy na wzburzone fale. Rayuela przysunęła się blisko mnie i objęła mnie ramieniem, ciepło aż promieniowało z jej ciała.

- O czym myślisz? – zapytała cicho.

- O tym czy można uciec tak daleko, żeby nikt, naprawdę nikt Cię nie odnalazł. I o tym czy jak już się tam ucieknie to czy myśli się o powrocie. I chyba jeszcze o tym czy można być komuś tak mocno oddanym, żeby zrobić dla niego wszystko, niezależnie od tego co się wydarzy. Nie patrzeć na nic, tylko dawać szczęście samym istnieniem. Być kimś na wzór najwierniejszego psa…

- Mógłbyś uciec na jedną z gwiazd – powiedziała i wskazała ręką na niebo. Mimo, że praktycznie nie widać było chmur, na całej tej ciemnej połaci widać było tylko jedną, bardzo jasno świecącą gwiazdę. Czułem się jakby to był prezent od Rayueli, jakby dawała mi w posiadanie ten jeden mały punkcik i mówiła, tak, tam możesz się schronić jeżeli będziesz kiedyś tego potrzebował.

Ale wróćmy do historii z tamtego lata. To był też pierwszy rok kiedy Pascal i jego kumple zaczęli grasować po okolicy. Sami siebie lubili nazywać gangiem, na wzór tych, o których słuchało się w wiadomościach ze stolicy, ale tak naprawdę w niczym im nie dorównywali, były to raczej szczeniackie zabawy. Dzieciaki z okolicznych miasteczek nudziły się i potrzebowały jakiejś rozrywki. Chyba w każdym sklepie przynajmniej raz wybili okno, a kilku turystów pożegnało się z bagażami, kiedy chcieli zapytać o drogę.

Miejscowi na początku przymykali na te wybryki oko, bo przecież młodzież musi się wyszaleć. Zabawa skończyła się dopiero kiedy ktoś znalazł w którymś zaułku pobitą i zgwałconą dziewczynę. Jedynymi podejrzanymi był Pascal i jego kumple.

Zresztą nie było trudno ustalić dokładnych sprawców, bo wcale się z tym nie kryli. Chodzili dumni po okolicy i opowiadali jak to młoda krzyczała i błagała ich, żeby ją zostawili. Nie obeszło się też bez sprośnych żartów.

Minęły chyba trzy dni od całego zdarzenia i już zatrzymano dwóch czarnoskórych nastolatków. Brakowało jeszcze tylko Pascala, ale ten jak tylko sprawa wyszła na jaw zniknął. Szukała go cała okoliczna policja, ale po prostu zapadł się pod ziemię i nawet żaden z jego kumpli nie wiedział gdzie go szukać.

Patrole policyjne, które wcześniej w naszym miasteczku były naprawdę rzadkością, teraz weszły do porządku dziennego. Dzieciaki takie jak my średnio się tym przejmowały, ale u starszych było widać, że nie odpowiada im ta nowa sytuacja i czują się niekomfortowo. Moja matka mówiła, że to tak jakby wpuścić obcego do domu i próbować udawać, że nic się nie zmieniło.

Kilka dni później, nadszedł jeden z tych wieczorów, których tak nie lubiłem. Tych, kiedy wieczorem w pustym pokoju samotność wgryza się pod powieki i nie można nic na to poradzić. Jak zwykle ubrałem się po cichu i wymknąłem się żeby posiedzieć chwilę nad wodą. Miasteczko, jak zwykle o tej porze, było wyludnione.

Skręciłem w jakąś boczną uliczkę i zobaczyłem Pascala, który trzymał rękę pod spódniczką jakiejś młodej dziewczyny.

- Czego tu szukasz? – warknął nerwowo, uwalniając rękę spomiędzy jej ud.

- Sam nie wiem, tak po prostu sobie chodzę…

- Jak my byliśmy w twoim wieku to wiedzieliśmy czego szukamy – nie wiedziałem, kogo oprócz siebie ma na myśli ale bałem się pytać, chociaż widziałem, że minęła mu już początkowa złość. Spojrzał na dziewczynę, która nadal stała oparta o ścianę i patrzyła na niego z uwielbieniem.

- Zjeżdżaj stąd – rzucił w jej stronę, po czym złapał mnie za ramię i zaczął prowadzić obok siebie ciemnymi uliczkami. – Jak byliśmy w twoim wieku to szukaliśmy magii. Wierzysz w magię?

Kiwnąłem głową bez przekonania.

- Czyli nie. To dobrze. My wierzyliśmy w nią bezgranicznie, dlatego tak wielkie było nasze rozczarowanie jak okazało się, że magia jest zwykłym oszustwem. I dlatego właśnie jesteśmy, jacy jesteśmy, zapamiętaj.



1. Just because someone is smiling at you doesn't mean they're your friend.