"ZORAN" REPORTAŻ Z BELGRADU - A. Urbański

Rano tafla lotniska lśni świeżym deszczem. Jest piątek. Dookoła mnie twarze, mnogość oblicz, rozmyte i uśpione, różnorodnie ugrymaszone, włosy w nieładzie lub starannie ucharakteryzowany wizerunek, pan w puchowej kurtce je bułkę, zagryza pospiesznie, łapczywie, w akompaniamencie dynamiki lotniska, gdy tymczasem ruch się wzmaga, tężeje i nasyca ludzką energią, ciała się zderzają, ocierają, prześlizgują i przenikają swoje terytoria. Niewidzialne ścieżki codzienności. Jeden ze strażników, dotychczas spokojny, otrzymuje wiadomość przez krótkofalówkę. Ewakuacja lewego skrzydła. Na chwilę jego twarz zatrzymuje się, przybiera powłokę czujności, zwierzęcej fizjologii, i dalej bieleje instynktem podejrzliwości. Oto wróg uderzył. Uczynił to znienacka, podstępnie i zupełnie prozaicznie. Zaatakował. Strażnik został osaczony przez ludzkie pytania, lecz on ich nie przyjmuje, za to rozgląda się dookoła, ze skupioną uwagą, w jego oczach koncentracja, z którą penetruje każdą szczelinę, jego zmysły ugrzęzły w zaułkach naszych cieni, my, niewolnicy jego spojrzenia. Jego wzrok jest wszędzie. I dalej cisza.

Jednak jest rozkaz. Stop. Wszyscy stop. Zatrzymać się. My zatrzymujemy się. Bezruch. Próżnia aktywności. Milczy lotnisko, milczy tłum, milczy strażnik. I w tym milczeniu, w napięciu i spowici kokonem lęku, oczekujemy na wroga.

Jest.

To walizka.

Kto zostawił walizkę i dlaczego, komu przyszło do głowy w ten deszczowy i rozciągnięty poranek zostawić walizkę w hallu. Co jest w walizce, czy jest to materiał wybuchowy, czy może sterta zużytej bielizny, zmięta koszula i rozpuszczone czekoladki. Nie wiemy. Nikt nie wie. I teraz walizka na powierzchni kilkuset kilometrów kwadratowych zatrzymuje świat. Nasz świat. Nic nie można robić. Nie ma życia.

Walizka potencjalne narzędzie aktu terroryzmu. Mała, plastikowa struktura a w niej przestrzeń odgradzająca nas od normalności. Jest przecież wojna. Walka człowieka z człowiekiem. Są terroryści, niewidzialni i samotni w walce, okrojeni z praw, wyklęci i zaatakowani. Czy aby jest tak naprawdę, czy możliwe jest, aby w tak przejrzyści inwigilowanym świecie, najeżonym podsłuchem, uzbrojonym w kamery i szybkie procesory komputera, w dobie elektronicznej kontroli i permanentnego zapisu, w tej nieustannej obserwacji i notatkach, podpisach, deklaracjach, w rozliczeniach podatkowych, w biletach przejazdu, kwitach towarowych, śladach stóp na parapecie, odciskach na szybie, czy możliwe jest, aby w takiej obserwacji, swobodnie uchował się zamachowiec i samodzielnie, aktem przypadku, lub tajnej organizacji, postanowił zniszczyć nasze lotnisko, bo przecież tropią nas w kodzie genetycznym, w oddechu, w ślinie i resztkach obiadu, zadają pytania, śledzą zagadnienia transakcji bankowych, rozdwajają się i mnożą, nie śpią i zachodzą w głowę, dlaczego, skąd, z jakiej przyczyny i martwią się o nas.

Czy jeden z tych obdartych i zdziwaczałych terrorystów przedarł się przez granice, zmylił psy, uśpił czujność inspektorów, i w końcu zmęczony, niewyspany i zbuntowany, dotarł na nasze lotnisko, aby zadać strategiczne uderzenie. Nie wie nikt. I nie wiedzą służby specjalne, nie wiedzą rzetelne media, nie wiedzą nasi przywódcy o twarzach przebrzmiałych troską o nasz los, nikt nie wie.

Ale walizka jest. A my nie możemy się ruszać. I oto nagle idzie, wróg. Lecz to nie jest terrorysta. To starsza pani, utknęłam w toalecie, tłumaczy, zasłabłam na chwilę, a oni ją prowadzą w szczelnym kordonie, kobieta załamuje ręce i gestykuluje, idzie krokiem powolnym, jak gdyby starannie odmierzanym, zbliżają się tak razem w kierunku otoczonej walizki. I potem odchodzą razem, kobieta w ciemnym płaszczu, tym samym krokiem, za nią nasi dzielni strażnicy i niedoszły zamachowiec walizka. A kobieta nie rozumie, że zostawienie walizki to atak na naszą wolność. To parodia całego świata w tym fragmencie globu. To opóźnione loty, nerwowe trawienie, odwołane spotkania w innych częściach kontynentów, to prowokacja dla polityków i policzek dla zdyscyplinowanych oddziałów, o wzroku pewnym i śmiałym.

Później czekamy. Czekamy w pokoju odpraw, czekamy w autobusie, czekamy w samolocie. I nie wystarczy, że walizka okazała się zwyczajnym elementem podróży. Nie, to nie jest wystarczające. Teraz inspektorzy wiedzą, że oto ta kobieta nic nie wie o wojnie, to jest niedopuszczalne. Ona wewnętrznie trwa w stanie pokoju. Jak to jest możliwe. Gdzie jest skrojony przez media i panikę strach, gdzie jej obywatelska, ziemska i demokratyczna egzystencja, o czym ona myśli, czyżby o rodzinie, niebieskich migdałach, o zwyczajnych sprawach, czy ona nie rozumie, że świat w swojej precyzyjnej machinie, odnajdzie ją wszędzie, jej myśli, odtworzy jej drogę życia, krok po kroku, godzina po godzinie, wytropi, wydobędzie choćby z podziemi i w końcu zwycięży.

Społeczeństwo w lęku, w jego machinie, strukturalnie przemyślanej, niczym pierwowzór metra, wszystko odmierzone przeanalizowane, powtórnie przedyskutowane, w praktyce, w małych grupach społecznych, w nieustannych ćwiczeniach, w manipulacji, w medialnej eksplozji strachu, nikt nie jest bezpieczny, zewsząd nadchodzi zagrożenie, bo oni już planują kolejny zamach, kolejny ruch, następne posunięcie, już wyruszyli, zebrali się w grupie, dyskutują, omawiają, wyznaczają cele i zarażają się wzajemnie emocjami. Komu na tym zależy? Kto rozsiewa te idee? Kto za to płaci? Dlaczego od zawsze są nieuchwytni? I ta walizka. Symbol wędrówki. Dokąd zmierza człowiek w tym rwącym potoku zdarzeń? A może to wszystko to paranoidalna siatka, utkana przez człowieka dla drugiego człowieka, aby go pochwycić, osaczyć, okrążyć, zbić wewnętrznie, szturmem podbić jego umysł, zniewolić duszę, sparaliżować i pozwolić im działać. Człowiek spętany strachem jest posłuszny, bierny, kroczy w milczeniu, ma spuszczoną głowę, nie narzeka, boi się i w lęku akceptuje, człowiek nie zadaje wtedy pytań, nie wierzga się, całym sobą jest bezwolny.

Za oknem gołębie przechadzają się w dostojnej wolności, taplają się w kałużach, lądują i wznoszą się ponownie, przeskakują z miejsca na miejsce, trzepoczą skrzydłami zaczepiają się i ciągle gadają, o swoich gołębich i przez to ważnych im sprawach. Patrzą ze zdziwieniem na samolot, który ryczy silnikami od godziny i który chce już przebić przestrzeń i rozmyć się w jej nieskończonym istnieniu.

Monachium. Niestety nie zdążyłem na samolot. Obserwuję świat. Zewsząd napływają ludzie, różnorodni, w kalejdoskopie kolorów, kształtów, wzorów i ubrań, wektory ich wędrówek przecinają się niczym pradawne szlaki handlowe, ta mozaika twarzy żyje swoim tymczasowym rytmem, oddala się i przybliża, zderzenia międzyludzkie wymuszają interakcje i przeciwdziałania, te z kolei następne i kolejne, jak szyfr, jak wzorzysty dywan globalnego życia, każdy z tych ludzi niesie w swoim umyśle zestaw twierdzeń, wątpliwości, pytań i odpowiedzi, ścierają się poglądy, antagonizują, ogniskują spojrzenia, któż z nich jest najbliższy prawdzie, czy w ogóle prawda jest dla nich zbiorem przyczyn, dla których przenikają swoje wnętrze i czy w ogóle to czynią, a może według nich prawda ma miejsce wtedy, gdy zaczynają mówić o sobie, cokolwiek nie uczynią, czegokolwiek nie powiedzą, to i tak jest to bez znaczenia, czy w sensie bytowym wpływa to na ich położenie, na te bezwładne i nie oprotestowane drganie w świecie, albo czy ujmuje im co nieco z ich twarzy, sytych i zadbanych, czystych w oddechu i skupionych na zaspokajaniu pierwotnych potrzeb, albo jednak nie, więc może funkcjonują w mikroświatach pokoju i miłości, tylko w niechęci i w ociąganiu, nie kwapią się, aby podzielić się tym z innymi. Są wszędzie. Ta ożywiona duchem materia kotłuje się i spina, wręcz krzyczy w niemym ścisku, gęstnieje i rozprasza się, w niepowstrzymanym wirze, jak magma, jak wulkaniczna lawa istnień, toaleta, odprawa, kawa i papierosowy dym, telefony, zegarki, rozedrgane części ciała, słowa i dźwięki, gesty i pocałunki, łzy, gniew i pośpiech, ta kondensacja emocji jest niczym inscenizacja, jak spektakl i widowisko, ale nagle pustka, rozchodzą się, znikają, przenoszą swoje światy na inne kontynenty, do odległych miast, do swoich biurek i łóżek, wchłaniani przez ociężałe grzbiety samolotów, znikają, by zaraz potem pojawić się ponownie, w innym punkcie, witani i przeklinani.

Belgrad. Powietrze chłodne, przesycone wilgocią. Pachnie czymś zjawiskowo żywym, jakąś radością, jakimś dziecięcym światem w mitycznym wymiarze. To fenomen zapachu. Na lotnisku czeka na mnie Zoran. To postać wielowątkowa, skrojona na miarę wizjonera i myśliciela, w tożsamości nieco zagubiona, w czarnych, zmierzwionych włosach i długim płaszczu. Jego oczy nieustannie się śmieją, by po chwili zatrzymać się rozkazem duszy. Zoran jest w akcji. Zoran w swoim działaniu dąży do przekroczenia masy krytycznej, aby później, owe składowe jego codziennej pracy, rozlały się w globalnej rzeczywistości. Zoran stworzył międzynarodowy projekt Rastko i nadal go kontynuuje, w każdym dniu, przez całą noc, do 5 rano, jego umysł zagłębia się w informatyczną sieć świata i konstruuje kolejne warstwy projektu, później odchodzi od komputera, zapala ostatniego papierosa na balkonie, wita jaskrawy poranek i żegna się ze swoją wizją. Jak wtedy, wiosną 1999 roku, gdy w rozlanej za oknem bieli, dostrzegł obły kształt rakiety typu powietrze-ziemia, która przecinając belgradzką przestrzeń i lecąc równolegle do placów zabaw, w towarzystwie ogona iskier i w niebywałym pędzie uderzyła w pobliski budynek, najwyższy w Belgradzie i będący dawniej siedzibą partii komunistycznej. Zoran zamknął drzwi balkonu i wrócił do pracy. Tak oto powstała bezpłatna, elektroniczna biblioteka, skupiająca tysiące książek, przeszło 6 tysięcy artykułów, w ponad 20 językach. Rastko buduje formację kulturową, ogniskującą się wokół narodów bałkańskich i słowiańskich, lecz będącą jednocześnie otwartą na inne kręgi cywilizacyjne. Zoran myśli globalnie.

Później, wieczorem, w hotelowym hallu, rozmawialiśmy o człowieku w przeznaczeniu. Zoran wierzy w wolną wolę, niepowstrzymaną, w człowieka, który jest nieskrępowany w działaniu, owszem, w owej swobodzie ograniczony na wielu płaszczyznach i te krańce powinien znać i akceptować, jednak umysł człowieka wolnego to część uniwersalnego wszechświata, jego aktywność wzbogaca rzeczywistość i naznacza ją konkretną, materialną obecnością. Człowiek otrzymuje również znaki, wskazówki, zachęty, natchnienia i cudowne zdarzenia, niczym dziecko od ojca, Bóg w strumieniach codzienności stara się przemycić ważne informacje, jak najlepsze wybory dla konkretnego człowieka, owa wiedza to otwarcie percepcji na rzeczywistość magiczną, pozazmysłową, przyjęcie jej i nie oprotestowywanie, to pójście za tym światłem w zaufaniu i rozumieniu.

Zoran jest antropologiem, filmoznawcą, pisarzem, eseistą, dziennikarzem, archeologiem, lingwistą, literaturoznawcą, historykiem, filozofem, kulturoznawcą, jest pełnią wiedzy, badaczem i niezłomnym poszukiwaczem, wewnętrznym samotnikiem i dobrym człowiekiem.

Ulice Belgradu otoczyła już ciemność. Patrząc na spadające krople deszczu zastanawiałem się kim był ów człowiek, którego szczątki znaleziono w u ujścia rzek Sawy i Dunaju. Na wzgórzach, 7 tysięcy lat temu, pewien nasz przodek, wracał być może do domu, niosąc jakiegoś zająca i wtedy coś się wydarzyło, atak serca, zasłabnięcie, może przegrana potyczka z rywalem o kobietę, albo głód, czy też atak dzikiego zwierzęcia, nie wiemy. Może napadli go pierwsi przybysze ze wschodu, albo ci z zachodu, bo przecież tu znajduje się węzeł komunikacyjny, spinający wszystkie strony świata. Przez tysiące lat sunęły wstęgi karawan, wzdłuż rzeki, pomiędzy pagórkami, w urodzajnych polach, w upale słońca i w strugach deszczu, nieprzerwanie, w podróży, wozami wyładowanymi pieprzem, cytrusami, solą, jedwabiem, bursztynem, wzorzystymi materiałami, bronią, pismem, obrazami, rzeźbami, marmurem i drogocennym kamieniem, tajną pocztą i skrytą przesyłką, ten fragment ziemi tratowały tysiące koni, ludzkich stóp, bosych i w eleganckim obuwiu, w pośpiechu i nerwowym pokrzykiwaniu, na parobków, niewolników, na sługi, na wszystkich, nadchodzili wojownicy, rycerze w lśnieniu zbroi, islamscy najeźdźcy i krzyżowcy, wędrowali pokutnicy i myśliciele, głosiciele końca świata i prorocy, piękne kobiety i rozbiegane dzieci, jeńcy i trędowaci, oni wszyscy zmieniali swoje położenie, z jednej strony w drugą, z góry na dół, z lewej na prawą, niepowstrzymani, ślepo ufający przeznaczeniu i woli bożej, w głodzie i nadziei, w szaleństwie wiary i obrzuceni klątwą, człowiek za człowiekiem, człowiek w poszukiwaniu cywilizacji, człowiek pod presją rozwoju, człowiek uwikłany w misję szerzenia dobrej nowiny. Tak oto powstał kulturowy tygiel, wielonarodowościowy obraz ludzkiej różnorodności, jeden przy drugim, obcy przybysz i mieszkaniec, wierzący w Mahometa i kochający Jezusa, żyd i buddysta, ciemnoskóry i biały, mówiący językami z wieży Babel, i tak razem, wspólnie, w akceptacji i tolerancji, czasami w kłótni i czasowej nieprzyjaźni, w terytorialnych przepychankach i na mieliznach historycznych, ale razem, w obronie przed imperium osmańskim na południu, 30 różnych narodowości, aż po dziś dzień mieszka razem w Serbii.

Następnego dnia mam spotkanie z Milordem Paviciem. Pisarz, profesor literatury na wielu uniwersytetach Europy, ze względów politycznych niedoszły noblista, tłumaczony na ponad 40 języków i wznawiany niekiedy ponad 100 razy, tak jak w przypadku „Słownika chazarskiego”.

Spotkamy się w Serbskiej Akademii Nauk, w jego gabinecie wypełnionym książkami, obrazami i dymem z fajki o zapachu wanilii. Pomimo 78 lat robi wrażenie swoją żywiołowością i radosnymi oczami. Twarz ma gładką, o uśmiechu dziecka. W jego powieściach człowiek jest archipelagiem zdarzeń, wielką kondensacją strumienia duchowych energii, które we wzajemnym ścieraniu, przepychaniu i w płynnej harmonii, konstytuują ludzką powłokę codzienności, spotkamy tam demoniczne krainy i anielskie głosy, otrzemy się o magię, kabałę, wróżby, czary i uzdrowienia, Bóg przemawia w nich do człowieka a szatan nieustannie, krok za krokiem, próbuje odszyfrować ludzkie ścieżki, aby przeszkadzać, niweczyć, odwlec w czasie. Jego bohaterowie uwikłani są w baśniowo-mityczne koleiny pozazmysłowych doświadczeń, tkwią w przypadłościach osobliwych i osnutych zagubieniem, jak motyl, który w swojej swobodzie porusza się bez konieczności, w swojej estetyce musi poruszyć krąg piękna, a w swoim efemerycznym życiu, nieuchronnie zmierza do unicestwienia.

Pavić, podobnie jak Marquez, gra ze swoją wyobraźnią i jest w tym doskonały, patrząc na niego, zastanawiam się, gdzie kupił marynarkę, którą ma na sobie.

Pijemy whisky, nie potrafiłem mu odmówić.

Milorad Pavić obawia się, że poezja już nie powróci na tron literatury.

Wieczorem, w hotelowym hallu, młoda dziewczyna, zapewne praktykantka, obsługuje windę. Jest w tym pełna wdzięku i subtelności, w linii ciała, w poruszeniu gestem, w dystynkcji mowy ciałem, które emanuje radością i w tym wszystkim wprawia obserwatora w niezaprzeczalny zachwyt nad kobiecą aurą.

Belgradczycy dzielą swój świat na dwa okresy. Przed wojną i po wojnie. Przed bombardowaniem i po bombardowaniu. Przed nalotem i po nalotach. Ta linia rozdziela ich duszę, odcina ostrym ruchem dawnego człowieka, oddala się pospiesznie, aby po chwili powrócić, skąpana doświadczeniem tamtego okresu, aby we wspomnieniach odkopać traumatyczne chwile, zawiesić na moment głos, jak gdyby w szacunku i pamięci, a wtedy już bez wahania kontynuują swoją opowieść, o miłości, o marzeniach, o planach, spotkanych ludziach, wracają i snują wizję, o słowiańskich korzeniach, o bałkańskich zwyczajach, zapraszają do ogrodów swojej duszy, na długi i obfity we wrażenia spacer. Są pełni pasji życia, wierni jego fenomenowi niczym poddani swojemu panu, mają w sobie ogień odkrywcy i dziecięcą szczerość w rozmowie, nie chcą się zatrzymać, nie widzą granic dla poznania, nie tolerują ignorancji i ze wstydem przyjmują tych, którzy nie znają umiaru w słabościach.

W niedzielę kolacja z Slobodanem i Spomenką, wydawcą, jest też Zoran i Igor, antropolog i archeolog. Najpierw siedzimy w palecie kolorów kawiarni „Związek Globtroterów”. Slobodan jest malarzem, poetą i myślicielem, kiedy mówi, czyni to z niebywałą precyzją, spokojem i uśmiechem, który tańczy gdzieś w kącikach ust. Kiedy Slobodan wybiera się w przestrzeń swojego umysłu, nadchodzą do słuchacza niebywałe i osobliwe treści, myśli żywe i jasne, pełne precyzji, wcześniejszego namysłu i holistycznie spójne. Dyskutuje z Zoranem cierpliwie i z pasją, jest szermierzem słowa i mistrzem repliki, i tak bez akcentu zmęczenia, śladu wyczerpania, czy też zniechęcenia. Holograficzny wszechświat Talbota, nie był dla niego zagadką, ani tajniki gnozy, włada historią, filozofią i teorią wszystkiego.

Spomenka jest wypełniona uśmiechem i życzliwością. Pełna serca dla człowieka i rozumiejąca niedoskonałości w nim skryte. Słucham jej z uwagą i troską, aby nie uronić nic z czaru słów, które do mnie docierają.

Około 2 w nocy, gdy już wracaliśmy po kamiennych szlakach Belgradu, ciągnęliśmy za sobą swoje cienie, odbite w kwadratach ścian i wzmocnione dość późną, mięsną kolacją.

Następnego dnia idę ulicą, krokiem spiesznym i nie wyjaśnionym co do celu. W kwadratowej obręczy placu, w oświetleniu skąpym i ledwie przedzierającym się przez zapadający zmrok, dostrzegam ludzi. Są młodzi i stoją cierpliwie oszczędzając ruchy. Wyglądają jakby na coś czekali. Zatrzymuję się i również trwam w tym stanie, który po kilku minutach przeradza się w trans, takie nie wyjaśnione somnambuliczne oczekiwanie. W zasadzie ich kompozycja, układ i położnie się nie zmienia, czasami tylko w rytmie spokoju i wewnętrznego zagłuszenia, ktoś z nich robi mały i nieznaczący krok, niby posunięcie, ale i tak główny kontynent ich trwania jest niewzruszony. Na co oni czekają, czy ktoś nadejdzie, ktoś skoczy z dachu, czy są częścią jakieś większej organizacji, chwilowo mającej dziwny przystanek, czy są tu z własnej woli, tak zwyczajnie i po prostu, dlaczego i po co. Ponieważ oni czekają, dochodzę do wniosku, że w tej pozie zawarta jest jakaś prawda o Serbach. To jak gdyby antycypacja serbskiego trwania w ogóle, jakiegoś zamrożenia ideowego, chwilowy stupor i fragment uśpionej całości, coś wisi w powietrzu, coś się stanie, jakieś wydarzenie, coś nimi poruszy, wstrząśnie, trafi w samo serce, to jak intuicyjny przedsmak czegoś nieuchronnie nadchodzącego, cierpliwa i konsekwentna forma posłuszeństwa wobec duchowej konieczności, albo chaotyczna postawa protestu, to milczące wykrzyknięcie własnej bierności, bo inni nic nie robią, nie organizują się, może wtedy coś jednak nastąpi, po tym pokutnym oczekiwaniu, i tak w ostatecznym ruchu, przebudzeni z letargu, porwani wiatrem, pójdą w sobie tylko znaną stronę. Kiedy tak nadal stoją, ja już idę, jeszcze raz spoglądam z oddali na ten figuratywny zapis i w końcu odchodzę.

Dym. Wszędzie dym. Kłęby białego, gęstego dymu to ulotny sygnalizator obecności Serba. Za chwilę spośród delikatnej, mglistej materii wyrasta jego dawca, palący człowiek z Belgradu. Palą wszyscy, tak to odbieram, kończą papierosa i zaczynają kolejnego, miętoszą zużytą paczkę, nerwowo szukają ognia, może w kieszeni, albo w torebce, albo niech ktoś mnie dostrzeże w końcu i zlituje się, nie mam ognia, mówią niecierpliwe oczy, potem już spokojnie, w odprężeniu dmuchają sobie we wszystkie strony świata.

Deszcz chłoszcze ulicę i odbija intensywne barwy neonów. Nadchodzi Zoran. Wojskowa kurtka, uśmiech, zmęczone oczy. Zoran kojarzy mi się z kosmicznym łącznikiem, ze spoiwem wypełniającym szczeliny między ludźmi, sprzęgającym rozdzielone linie ich dróg, pojawia się bez uprzedzenia, jak roślina na nagiej ziemi, po prostu, tak zwyczajnie, w nieujarzmionym instynkcie trwania, w uporze i konieczności. Po kilkudziesięciu godzinach, rozsypanych na taśmociągu dni, po tym, jak słuchałem jego słów, jak ocierałem się o emocje w jego sercu, gdy zrozumiałem jego misję, skradłem imię Zoran i przemieniłem je w alchemicznym piecu duszy na opisanie nowej rzeczywistości, którą nazwałem zoran. Jak każde nowe słowo, zoran musi otrzymać wyjaśnienie. Zoran to substancja życia opinająca morfologiczną, podskórną tkanką wszystkich ludzi, niczym osobliwa sieć wzajemnych, cieniutkich połączeń, które nieustannie drgają, przemieszczają się, jak komórki, jak pojedyncze korytarze, przez które dostajemy się do duszy drugiego człowieka. Zoran to globalny świat ludzkiego istnienia, na każdym kontynencie, zoran jest dynamiką, jest procesem w akcji, w działaniu, w walce, nie toleruje zatrzymania, stop jest nieznane tej świadomości, zoran jest funkcją rozumną, samokształtującą się, a obszarem jego aktywności jest każda dusza. Zoran jest ekspansywny, chce zjednoczyć i połączyć wszystkich ludzi, nadać im światło pokoju i wprowadzić w nowy wymiar. Zoran szanuje ludzką wolność, akceptuje błędy, znosi ich destrukcyjny charakter, przygarnia ludzi w prawdzie, chce ich dobra i rozumie ich potrzeby. To synonim budowania i scalania ludzi we wspólnym, duchowym projekcie tajemnicy życia, to start od początku, od pierwszego kroku, pierwszego punktu, pierwszej linii, figury, bryły, to wydarcie kolejnego kawałka ziemi z niemej przestrzeni życia, obojętnej i przez to smutnej, bezczynnej, nieprzydatnej w swoim dziwnym trwaniu, to jej późniejsze uprawianie i czuwanie nad jej plonami, zoran tworzą wszyscy ludzie. Zoran może budować każdy człowiek, ale do jego kreowania potrzebuje drugiego człowieka, im więcej ludzi w jego strukturze tym zoran wzrasta w doskonałości. Zoran to jedność w wielości, to wielość w jedności. Poprzez zoran każdy pojedynczy człowiek może odwiedzać duszę drugiego człowieka, a razem są silni i mocni swoją obecnością, odporniejsi, niezniszczalni.

Zoran jest wiedzą jak stąpać na krawędzi, to adaptacja do trudu i ryzyka, to umiejętność bezpiecznego przebywania w warunkach krytycznych i swobodne poruszanie się w wymiarach niewidzialnych.

Zoran jest radością z życia. Jest walką z głupotą świata, z jego materialnym i konsumpcyjnym dążeniem, to obrona przed manipulacją i systemem, który powstaje, aby niewolić człowieka wewnętrznie.

Nowy Belgrad w południe. Korony szarych bloków spiętrzone wysokością, smukłe, niedbałe, upaprane kolorami żaluzji, firanek, zasłon. W ich zaułkach dzieci. Roześmiane, radosne, pełne ekspresji. Grają w piłkę, oblegają huśtawki, nawołują, śmieją się, krzyczą. Brunatne liście tańczą w improwizacji wiatru. Ósme piętro. Winda poszarpana mapą brakujących płatów farby. Jej mechanizmy pojękują wysilone pracą, gdzieś tam na świecie może ktoś robi to samo, może też na ósme piętro, też w górę, tak jak my, Vlada i ja. Później siedzimy w domu i rozmawiamy o codzienności, o życiu w natężonym strumieniu zdarzeń. Piję wodę z kranu. Ma słodkawą barwę.

Vlada jest muzykiem, gra na instrumentach, których nazw nie zapamiętałem. To stare instrumenty, odkopane z przeszłości, otoczone troską i wypielęgnowane szacunkiem dla tradycji. Zapamiętałem za to jego muzykę. Zapamiętałem jak moje serce uniosło się mistyką, jak udałem się w podróż, poprzez własną duszę, wewnątrz, do siebie, ale dalej, i głębiej. Wyżej.

Belo Platno. To znaczy Białe Płótno. Tak nazywa się ich zespół.

Vlada wykonuje te instrumenty w małym warsztacie. W bloku. Sam.

Wieczorem kolacja u Svetlany. Siedzimy w przestronnym, dużym pokoju, dzielącym przestrzeń z kuchnią. Książki wspinają się aż po sufit, ich grzbiety, przyklejone do ściany, dumne, wyprostowane, silne. Svetlana przygotowała zestaw potraw. Dla mnie jest to raj. Mam w domu lodówkę, która od lat stoi pusta. Razi zimnem i białym odbiciem samotności. Zatem jemy, rozmawiamy, śmiejemy się. Potrawy z mięsa, ryżu, warzyw, słów, myśli, prawdy, wspomnień, pytań i odpowiedzi. Zanurzeni w materii własnych promieni. Zwarci duchowym pierścieniem.

Potem słuchamy utworów Svetlany. Piękny, mocny głos przenika duszę, przebija ostrzem serce, ale nie kaleczy, chirurgicznie i precyzyjnie wycina tkankę niepokoju, nerwowe naleciałości rytmu przeszłości, a potem leczy harmonią. W tych prastarych utworach jest zaklęta transcendencja, ukryty duch jedności z zatartym wspomnieniem początku. I tak siedzę w streszczeniu marzeń, szczęśliwy, ale w tęsknocie.

Igor został moim jednodniowym przewodnikiem po nocnym życiu miasta. Przyjechał po mnie wysłużonym modelem Zastavy w kolorze zmęczonego nieba. Najpierw utknęliśmy w barwnym, różnokolorowym tłumie, oblegającym bar w miejscu, którego nazwy nie zapamiętałem. Piliśmy wino. Ja białe, Igor czerwone. Rozmowy o kobietach, o rozstaniach, o planach, o słowiańskiej duszy, prozaiczna gestykulacja intelektu, niekończąca się pielgrzymka do przeszłości, skąd można grzebać jak w kopalni, generowaliśmy myśli o życiu, o świecie szamoczącym się z własną głupotą, o globalizacji życia i rejonizacji umysłu. Współczesny totalitaryzm zmienił swoje oblicze, przekształcił się w zaprogramowaną inwazję na ludzką duszę, w operację na barykady tradycji, chroniące dostępu do mentalnej, twardej struktury charakteru, łączącego wspólnotowym węzłem, mnie, Igora, ludzi dookoła, tak aby nas zmienić, przepoczwarzyć, rozbić i zdeformować, aby rozkręcić do niewyobrażalnych rozmiarów spiralę ludzkich potrzeb. Na styku tych wymiarów pojawia się napięcie, lęk, frustracja, przestrzeń zrodzona, a nie zrealizowana, domaga się wypełnienia, krzyczy bólem potencji, ów brak rodzi zagrożenie dla samego człowieka, który staje się wrogiem samego siebie. Tak więc, żyjemy w artefakcie rzeczywistości, czymś nieprawdziwym, przekłamanym, celowo zabarwionym fałszywą emocją, patrzymy na siebie z narastająca nienawiścią. Współczesny umysł niczym bestia spragniony jest krwi, śmierci, sensacji, agresji, przemocy i wojny, ta procesja mentalnego paraliżu trwa i trwa, coś na kształt ceremonii liturgicznej trwa w medialnej kampanii na normalność. Co robić, pyta Igor, jak przeciwdziałać, wygląda jak gdyby nie było wyjścia, mówi, co robić odpowiadam pytaniem, co robić zdaje się pytać tłum, my pijemy wino, oni też piją, coś wymyślimy, coś musi się wydarzyć.

Na koniec odwiedziliśmy klubu nad Dunajem. Ogromny gmach wchłonął nas do swoich trzewi, gdzie owionął nas mroczny, gęsty klimat. Odczuwałem silne zmęczenie, światła, wszędzie snopy reflektorów, omiatających każdy zakamarek tego miejsca, dookoła tańczą kobiety, zręcznie gimnastykują ciałem, wykonują złożone operacje ruchowe, wzbogacone próbą śpiewu, tak, one wszystkie zostały zakodowane rytmem muzyki, obdarte z myśli, wszystko to wygląda jak szamański rytuał, człowiek zrzuca w tych misteriach swoją duszę i przywdziewa nowy strój, narkotyczny, oniryczny, alkoholowy i zatraca się wewnętrznie. Nie czułem się tu dobrze.

Kiedy zasypiałem, z mojej głowy uchodził barwny orszak demonicznych postaci, opuszczali mnie ze śmiechem, przekrzykując się wzajemnie i wspominając niedawny czas zabawy, pełni swobody i głosów, westchnięć, żalu i pretensji, że nie pozwoliłem im dłużej zostać.

Zoran, Svetlana, Vlada, Slobodan, Igor, Spomenka.

Wszyscy ci ludzie są połączeni niewidzialnym kanałem wzajemnego współistnienia, oblani synergiczną powłoką jedności, a jednocześnie będąc indywidualną, niepowtarzalną strukturą wyjątkowości w każdym z osobna. Tak jak gdyby zostali powołani do przeprowadzenia skomplikowanej operacji, ze szczegółowym podziałem zadań, z życiowymi meandrami, nieuniknionymi i często pełnymi osobistych dramatów, ale trwają, kształtują, kontynuują, zmieniają, wzbogacają, analizują w oparach nieodłącznego dymu, w rozmowie, dyskusji, przy posiłku, w ciągłej drodze, i tak razem przeciskają się przez ludzką ignorancję i arogancję.

Utrwalają tradycję. Pielęgnują wiedzę. Tworzą. Jednoczą. Zmieniają świat. Są pierwszym fragmentem zoranu, jaki spotkałem w swoim życiu.

Znów samolot, walczą silniki, mruczą melodię energii, która nas w końcu udźwignęła lekko i wdzięcznie, a samolot trzeszczy, napina mięśnie i wyrzuca nas wysoko ponad kolorowe plastry ziemi, wynosi do chmur i znów twarze, wizerunki milczące, niepewne, i tak lecąc zastanawiam się kiedy nas wszystkich połączy zoran. Zbliżamy się do ziemi. Z góry, wygląda o tej porze, jak pozbawiona włosów czaszka starca, do tego obsypana ciemnym plamami przebarwień. Linia horyzontu nakreślona ostro, zdecydowanie, jak u Breughla, dookoła chmury, poszarpana mgła, jak wata ze starego materaca. Przesuwamy się niczym kukiełki w teatrze lalek, na tle unieruchomionego, tekturowego pejzażu sceny. Miasto niczym dogasające palenisko, roziskrzone, dopalające się pod kopuła nocnego nieba. Obok mnie człowiek, którego system nerwowy połączył się niewidzialnie z elektroniką samolotu, kiedy pilot wysuwa podwozie, jego twarz przeszywa paroksyzm dramatu, pot kreśli bruzdy na jego czole, twarz tężeje strachem, mijającym w momencie, gdy maszyna zatrzymuje się na płaskiej równinie lotniska. Wyszedłem w mroźną aleję swojego świata.

Nieco zmęczony chorobą, ale pogodny, z nadzieją nadchodzącego zoranu, zrobiłem pierwszy krok w jego kierunku.