LWÓW WE MNIE - reportaż, A. Urbański

Sobota 15 września

4.25. Obudziłem się i nie wiem dlaczego. Serce wali mi jak młot i z trudem odzyskuję orientację w geografii otoczenia. Po chwili już wiem, jestem w Przemyślu. Zatrzymałem się w drodze, u rodziny moich przyjaciół. Za oknem nieśmiały deszcz przecina rozlany mrok, w oddali ujadają psy a ja zastanawiam się dokąd zaprowadzi mnie wypadkowa przeznaczenia. Właściwie dokładnie wiem dokąd zmierzam. Celem mojej wyprawy jest Lwów. Chciałbym poznać go od trzewi i pchany mocą przypadku, bądź konieczności losu, znajduję się 80 km od celu mojej podróży. Rozmyślam o swojej tożsamości, leżąc w łóżku 685 km od domu. W końcu zasypiam ponownie.

 Po zjedzeniu śniadania, zamówiłem taksówkę i pojechałem prosto do granicy. Kierowca, o twarzy przedwcześnie znużonej życiem poniósł mnie główną arterią miasta, mijaliśmy przymglone sylwetki, w których odbijał się ten przedpołudniowy dzień, przygnieciony ciężarem granatowego nieba. Obawiałem się nieco tłumów, owych drobnych handlarzy, wypełniających przygraniczną szczeliną w handlu papierosami, alkoholem i wszystkim innym, co gwarantowało jakikolwiek zarobek.

Na miejscu wymieniłem walutę i ruszyłem wąską nitką tworzącą korytarz do przejścia. Ku mojemu zadowoleniu, nie zastałem tam prawie nikogo. Kilka osób leniwie spoglądało w bezkres przestrzeni za siatką i nie wiedzieć czemu, nie przekraczali granicy, tworzyli jak gdyby mit rozstania, z rękoma w kieszeniach, ze ścieżką dymu nad głowami i w ziemistych obliczach zdradzających nostalgię. A może tylko mi się wydawało. Odprawa trwała minutę i już po chwili siedziałem w dość zasłużonym modelu autobusu, w którym przywitał mnie kierowca, niewysoki brunet, śpiewający coś pod nosem. W środku siedziała jedna kobieta, odjazd był za dwadzieścia minut. Mój bagaż spoczął przy mnie, wyjąłem książkę i zatopiłem się w słowach. Nie na długo jednak. Pojawili się kolejni pasażerowie, starsze panie o złotych zębach, młodzi strażnicy graniczni, kobiety z dziećmi, dziwny jegomość w jeszcze dziwniejszej czapce i w końcu ruszyliśmy. Za oknem wstęgi jasnych, brunatnych pól, wypalonych ginącym już słońcem, rozmywały się bezkresie przestrzeni. Droga przywołała we mnie wspomnienia z dzieciństwa. Wiele dni spędzałem w podobnych okolicach i wiele wysiłku włożyłem w poznanie trudu ziemi. Poczułem, jak teraz wita mnie swoim pięknem.

 Odniosłem wrażenie, że ci wszyscy ludzie znali się od dawna. Prowadzili ożywione dyskusje, tłum zmieniał swoją mapę, kierowca zatrzymywał się często a skład naszego autobusu był nie do uchwycenia. Zastanawiałem się dlaczego niektóre społeczeństwa zachodnie, tak chełpią się swoją doskonałą cywilizacją, bądź co bądź, opartą na dobrobycie. Przecież zdecydowana większość dóbr, jakie posiedli, została utworzona mocą kolonizacji innych kontynentów, to bez mała cztery wieki eksploatacji cudzej własności, to kradzież, uzurpacja, niewolnictwo i zło. Nie zachwycił mnie ten wniosek.

Lwów przywitał mnie deszczem i lekkim wiatrem. W lustrze mokrych ulic odbijał się żywioł miasta. Tętniło wezbrane tłumem i hałasem życia. Wsiadłem do taksówki i poprosiłem do hotelu. Jechaliśmy dość energicznie, właściwie tak jak lubię. Przejeżdżając obok świątyni, kierowca przeżegnał się i powiedział „Jura, eto nasza narodnaja cerkiew” po czym zaklął „job twoja mać, suka” i jednocześnie gwałtownie zahamował, aby uniknąć zderzenia z poprzedzającym samochodem.

 Załatwiłem niezbędne formalności w recepcji. W kącie ktoś udzielał wywiadu. Zapewne miało to związek z ogromną sceną na placu przed hotelem. Później okazało się, że dzisiaj, w tym miejscu, przemówi prezydent Ukrainy.

 Wędrowałem ulicami wpisanymi w geometrię miasta. Wszędzie mijałem barwne skupiska ludzi, spotykałem pary nowożeńców, roześmiane swoim szczęściem i dzieci próbujące łapać bańki mydlane. Dostrzegłem kilka śpiewających w grupie kobiet. Jedna z nich była niewidoma. Wręczyłem jej do kubka niewidzialny banknot. Odpowiedziała dziękuję. Po ulicy krążyły hałaśliwe auta przystrojone w barwy jakiegoś zespołu piłkarskiego. Wiatr wzmógł się na sile, pojawiły się krople deszczu. Zabrnąłem w gęstniejące korytarze ulic, gdzie zaglądałem w niewielkie podwórka, zasypane gruzem i materiałami budowlanymi. Wszędzie dostrzegałem trwające prace. Właściwie element bałaganu przewijał się z luksusem nowo otwartych sklepów. Niepowstrzymany pochód pieniędzy dotarł w końcu i tutaj.

Dochodzi osiemnasta. Postanowiłem wrócić w okolice hotelu. Na Placu Wolności tłum zgęstniał. Pojawiły się flagi narodowe i pomarańczowe balony. Szedłem aleją, którą tworzyły rzędy ławek. Nie siedzieli młodzi ludzie. Wszyscy pili piwo prosto z butelki, palili papierosy. Młodość taka sama jak wszędzie. Bezwiedna, splątana instynktami, z nieporadnym zarysem wolności i nadmierną ekspozycją samodzielności. Oślepiło mnie jasne światło reflektorów. Rozpoczął się wiec polityczny. Wszyscy skandują „Juszczenko, Juszczenko”. Ten połączony, ludzki dźwięk poraża siłą i budzi respekt.

Przyglądam się przez jakiś czas i w końcu oddalam się w kuszącą ciszę sąsiednich ulic.

Próbuję przeniknąć zastygłą w murach pamięć o przeszłości, o przodkach tego miasta, wypowiedzianych kiedyś słowach, gestach, emocjach i uczuciach ludzi, którzy odeszli, w hieroglifach popękanych ścian zamarły szczątki duszy jej mieszkańców, oczy okien zapraszają do wnętrza swojej historii, wypełnia mnie powoli mistyka tajemnicy. Na kwadracie kamiennego placu spotykam barwny korowód ludzi, nie zachowują się głośno, rozmawiają w jakimś subtelnym krajobrazie własnej jedności, wydają mi się prawdziwi. Sączy się leniwie muzyka z saksofonu, widzę człowieka odzianego w zniszczoną czarną kurtkę, jego instrument uwalnia ukrytą moc dalszych zakamarków miasta. Docieram do ślepej uliczki. Na jej końcu gwar i głosy. Nad wejściem do dużego ciemnego korytarza napis „Kulturo-Ministerskij Centr-Dzyga”. Wewnątrz wiszą płótna, w ciemnym świetle świec, wyglądają jak świeżo porozwieszane pranie. Przedstawiają malarstwo, grafikę, kolaże, fotografię i pełnią funkcję wrót do wyobraźni. Z przyjemnością zalegam przy jedynym wolnym stoliku. Słyszę język ukraiński, angielski, francuski i strzępy jakieś polskiej mowy. Niektórzy spowici kokonem dostępnych koców, kryją się przed chłodem zmroku. Jest 20. Czytam książkę. Podchodzi do mnie młoda, ciekawej urody kelnerka. Jej ciemne włosy opadają delikatnie na czoło a jej uśmiech zaraża pięknem kobiecości. Okazuje się że podają naleśniki z serem i wiśniami. Bardzo lubię naleśniki. Proszę jeszcze o kakao z mlekiem. Moi sąsiedzi piją wino. Krople nieśmiałego deszczu wystukują delikatny rytm. Ze starego radia płynie śpiew. Ukraińska melodia. Jest pełna rzewnej tęsknoty. Ogarnia mnie stan wewnętrznej wolności. Naleśniki są niesamowite. Postanowiłem wracać tu każdego dnia, w ten osobliwy zaułek ludzkiej obecności.

Okazuje się, że zapomniałem przestawić zegarek o godzinę do przodu. Jest więc 21. W sumie nie ma to znaczenia. Powolnym krokiem udałem się do hotelu, dźwigając głowę pełną obrazów i serce natchnione inspiracją.

Niedziela 16 września

Dziś dzień, w którym idę do cerkwi. Rano słucham Massie Attack i z muzyką wchodzę prosto w słoneczny, bezchmurny dzień. Nie ma zbyt wielu ludzi, właściwie prawie nikogo. Nieporadny świt. W oddali majaczące sylwetki sprzątających ulice. Wczorajszy żywioł ustąpił miejsca świeżości hojnego słońca. Zmierzam prosto do Jury. Historycznej katedry Lwowa.

Wdrapałem się na wzgórze. Na jego szczycie wznosi się okazał świątynia greko-katolicka. We wnętrzu od razu czuję modlitewny nastrój. Siadam obok staruszka, który, o dziwo ma wszystkie włosy. Dowiaduję się po chwili, że był ranny pod Krakowem, że on i jego pięciu kolegów dostało się pod ogień niemieckich karabinów. Pokazuje mi bliznę na głowie.

Przyjmuje komunię po dwiema postaciami. Czuję się okazale a po chwili unosi mnie duch pokoju serca. Niedziela jest darem.

Nie mogę się zdecydować, którą godzinę wybrać. Rzeczywisty czas to 11. Na moim zegarku 10. Postanawiam, że będę manipulował czasem według własnej wygody. Jest zatem 11. Czas na naleśniki.

Później, zabłąkany w szyfrach kamiennych ulic, słyszę dobiegające dźwięki jazzu na żywo. Wchodzę do jakiejś kawiarni, tam grają panowie opanowani mocą muzyki. Okazuje się, że trwa wesele w najlepsze.

Ślub biorą Ola i Jeromin. Studenci ekonomii. Składam im życzenia i zanurzam się dalej w przeznaczenie. Pytam Jarosława o drogę do filharmonii. To świeży adept architektury. Pracuje od roku i pomimo niskich zarobków, nawet nie myśli o opuszczeniu ojczyzny. Wierzy w przyszły, lepszy czas. Marzy o zaprojektowaniu szklanego drapacza w centrum Lwowa.

Pod filharmonią poznaję Mariannę. To 30-letnia, ukraińska pianistka. Sześć lat temu ukończyła Akademię w Moskwie i wyjechała do Kanady. Przyjeżdżam często do rodziny, a kiedy to mówi, jej ciemne oczy gęstnieją smutkiem. Właśnie za kwadrans rozpoczyna się Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej, którego jest współorganizatorką. Wręcza mi zaproszenie na wszystkie koncerty i proponuje wspólną drogę na inaugurację. Udajemy się do Budynku Muzyki Organowej. Po drodze rozmawiamy o muzyce, trochę o moim pobycie i duchowych aspektach życia. Mówi płynnym angielskim i często się uśmiecha. Emanuje z nim jakaś siła. Jeszcze nie wiem jaka.

Po występie okazuje się, że mamy mało czasu. Właśnie rozpoczyna się kolejny koncert w Narodowej Operze Lwowskiej, więc niemalże biegiem docieramy na miejsce. Marianna zna tam chyba wszystkich. Siadamy w trzecim rzędzie. Jestem pełen podziwu dla ilości serca, jakie wkładają muzycy w wykonanie swoich partii. Urzeka mnie konferansjerka o hipnotyzujących gestach i melodycznym głosie.

Na pożegnanie Marianna ściska mi dłoń i już wiem, że jej siła to wiara.

Tego dnia, moje serce doznało kompletnego oczyszczenia.

Poniedziałek 17 września

Śniło mi się, że mojego anioła stróża porwali i pobili zamaskowani oprawcy. Jeśli było tak w istocie, to życzę mu szybkiego powrotu do zdrowia. Na ten czas jego nieobecności nie mam żadnej opcji.

Od 5 chodziłem po ulicach. Spotkałem następujące osoby:

Irena

Sprząta ulice. Mieszka na Rynku, w jednym z zaułków i jedyne co ją martwi, to fakt, że jej mąż Iwan, wstał jak zwykle do pracy, wypił kawę, zapalił papierosa, zabrał kanapki z pasztetem, wyszedł i do tej pory nie wrócił. Miało to miejsce jedenaście lat temu. Wychowała dwie córki i nie ma już od życia żadnych oczekiwań. Brakuje jej tylko Iwana. Na koniec mówi mi, że Pan Bóg jest jeden i żeby napisać, że z ziemi łatwiej wyżyć, niż z kamienia.

Bohdan Iwaniw

65 lat, emeryt. Kiedyś był ślusarzem, teraz lubi obserwować rybki w swoim akwarium i czyta książki historyczne. Właśnie wywiesza dwie poduszki z pierza i stojąc tak w siwym swetrze na duże guziki, pośród linek i mając za sobą ścianę z czerwonej cegły, kojarzy mi się z aktorem, który został uwięziony pomiędzy kurtyną a publicznością. Najbardziej nie rozumie, dlaczego młodzi ludzie nie chowają się, gdy palą papierosy. On też palił od wczesnych lat, ale zawsze w ukryciu.

Jarosława i Swietłana

Pracownice banku. Dojeżdżają 15 kilometrów do Lwowa z niewielkiej miejscowości. Spotkałem je, kiedy wychodziły z kościoła. Jarosława ma na głowie chustę w kolorowe kwiaty, Swietłana lekko poprawia przerzedzone włosy i mruży oczy, gdy nie rozumie moich pytań. Cała nadzieja w Bogu i naszych rękach, mówią i dodają, że nie mają czasu i kierując się w stronę banku. Kiedy odchodzą szybkim krokiem, przez szczeliny dachów przebija się już słońce.  

Nadia

Elegancka, roześmiana blondynka. Spotykam ją w Urzędzie Miasta Lwowa.

Jest rozpromieniona i emanuje niespożytą energią.

Na pytanie ile ma lat, odpowiada, że pracuje finansach, w pokoju 307.

Siedziałem cztery godziny na kamiennej płycie, tuż obok ratusza. Czytałem Marqueza, potem Simmela. Wokół mnie toczyło się nieustanne życie, skondensowane w ludzkich umysłach, wypchanych pamięcią, marzeniami i czymś, o czym nie mam pojęcia. Wieża Babel to miejsce, w którym mówimy tym samym językiem, ale jednak o nieskończonej ilości spojrzeń na tę samą sprawę.

Tak sobie wtedy zanotowałem w notesie. Dopisałem też, że Lwów to moje miasto. Przestrzeń mojej tożsamości, gdzie odtwarzam w sobie prawdziwe pragnienia i spotykam siłę.

Potem, zwabiony słońcem, kierowałem się wzdłuż jasno oświetlonych krawędzi kamienic, które jakby ożyły i zapraszały mnie do swojej zagadkowej gry. Poczułem głód. Całym jestestwem zapragnąłem, aby jasny snop płynący z nieba wskazał mi najkrótszą drogę do moich ulubionych naleśników. Niestety, nic takiego nie nastąpiło, za to zaczepiła mnie Juna z Karpat i poprosiła mnie o pieniądze. Dałem jej hrywny, wolała jednak złotówki, których nie miałem przy sobie. Odgadła, że nie mam żony. Zaproponowała układ. Przyjdź jutro o tej samej porze, przynieś jakieś polskie pieniądze, a ja w zamian wyproszę dla ciebie dobrą żonę i dzieci. Kiedy odchodziła pomyślałem, że w takim razie będzie musiała się długo modlić.

Wieczorem wybrałem się do Teatru im. Łesia Kurbasa. Wystawiali „Narkis” Hrihoryja Skovoroda.

Przed teatrem zebrał się spory tłum ludzi. Sami młodzi. Siedziałem na schodach i zastanawiałem się dlaczego moja koleżanka, gdy zamyka oczy, widzi profil starego murzyna. Nie miałem żadnego pojęcia, skąd można widzieć takie rzeczy, ale rozbawiła mnie tą wiadomością, która dla niej samej, skądinąd była utrapieniem.

Wnętrze teatru stanowiło koło tworzone przez kilka masywnych i zwieńczonych ornamentyką kolumn. Do siedzenia służyły drewniane ławki, zresztą dość wygodne.

Po kilku minutach ożywionych rozmów, krzątania się po scenie i wzajemnych nawoływań, w gasnących światłach i zapadającej ciszy, oddałem się w ręce wyobraźni. Pomimo, że nie znałem języka i część fragmentów była śpiewana, odszukałem, tak bynajmniej mi się wydaje, że oś dramatu opiera się na wewnętrznym dialogu pomiędzy czterema składowymi ludzkiej kondycji psychoduchowej. Pojawiały się kolejno postacie będące aniołem, diabłem, sercem, rozumem i duszą ludzką. Starły się filozoficzne, racjonalne węzły, z romantycznymi porywami serca, infekcją demonicznych podszeptów i misji ratowniczych anioła. Wszystko po to, aby ratować duszę przed zaciemnieniem jej wnętrza, przed upadkiem w niebyt. Metafizyczne tło było obecne przez cały czas trwania spektaklu.

Jest godzina 20 i 21. 

Oswoiłem się z miastem. Czuję się dobrze, a w środku latam wysoko nad samym sobą.

Wtorek 18 września

Ponieważ dziś dopadło mnie energetyczne „coś”, zatem cały ranek włóczyłem się po ulicach dla chodzenia samego w sobie. Pod pomnikiem Fedorowa siedziały następujące osoby:

Marija. 80-letnia staruszka

Gęsta siatka zmarszczek, przyklejona szczelnie do twarzy, kojarzy mi się z nałożoną maską, pod której powierzchnią, kryje się zdruzgotany życiem człowiek. Mąż zmarł wkrótce po ślubie. Jedyna córka, z racji swojej urody, raczej skłaniała się do zabawy, niż do jakiegokolwiek wysiłku, szybko wpadła w nałóg alkoholowy, wychodzi za mąż, niestety po kilku miesiącach wybranek wiesza się w piwnicy, na rurze doprowadzającej wodę. Marija często widzi swoją córkę na ulicach Lwowa, jak leży nieprzytomna, w alkoholowym upojeniu. Marija ma krwawiące serce.

Tamila. 80-letnia kobieta

Ubrana jest w dżinsową sukienkę na guziki, przewiązaną w pasie, czarnym skórzanym paskiem. Na głowie ma jasnozieloną chustkę z motywami orientalnymi. Spożywa właśnie drugie śniadanie. Bułkę maślaną z wiśniami. Jest kurierem w banku i chodzi pieszo z jednego oddziału banku do drugiego, przenosząc rozmaite dokumenty. Nie interesuje ją Bóg. Interesuje ją człowiek prawy, bo jak mówi, jeżeli człowiek chytry, to i sam Bóg, o ile jest, to nie pomoże. Dodaje też, że lubi patrzeć ludziom w oczy, bo w nich kryje się ich tajemnica i po tym rozpoznaje prawowitość.

Lubi pić kakao.

Prosi, aby nie robić jej zdjęcia, bo jest nieprzygotowana.

Zrobiłem jej zdjęcie. Wybaczyła mi.

Natalia 33 lata, Krystyna 19 lat, Roksolana 20 lat

Studentki Uniwersytetu. Rysują Arsenał na zaliczenie egzaminu. Roksolana chce się zrealizować jako artystka, ale w żyjąc w zgodzie z codziennością. Hrystyna jest świadkiem Jehowy i w zasadzie podporządkowana jest Bogu, natomiast Natalia ma męża z Krymu i boryka się z wieloma kłopotami. Nie chce powiedzieć jakimi, ale mogę się domyślać, iż mają krymskie pochodzenie.

Natalia ma dwa złote zęby.

Później wplątałem się we wszystkie możliwie uliczki, często zmieniając kierunki, gubiąc własne ślady i znów ogarnęło mnie poranne „coś”. Zatem zmierzyłem się z tym i w rezultacie, po upływie dwóch godzin, doszedłem do naleśników, które wcześniej już odwiedzałem i napisałem w notesie:

Każdy mój krok, to kolejne wątki, będące częścią całości. Linia mojej wędrówki sprzęgła się z tętnem tego miasta i trwając w tym współistnieniu, zdarła ze mnie resztki niepotrzebnej i zalegającej od lat samotności. Narodziłem się właśnie ponownie, skąpany słonecznym wiatrem i będąc w centrum samego siebie, podobnie jak to miasto pozbawiony przynależności do kogoś indywidualnego, jak i należący do wszystkich jednocześnie, analogicznie opuszczony przez wszystkich, jak i skrycie obserwowany, jednocześnie nieuchwytny, jak również dostępny na wyciągnięcie dłoni, zagubiony w ruinach duszy, ale znający swój cel.

To miasto tworzą w niezachwianej współzależności wszelkie byty, elementy kreacji i materii przenikanej przez ducha. Żyją w symbiozie i harmonijnej jedności, chociaż zwycięstwo ducha w sposób nieunikniony zdradzają pochylone w pokłonie drzewa. Tak jak góry i doliny tworzą niemożliwą do zniesienia całość, tak i owa koincydencja przeciwieństw, stanowią wrota do długo oczekiwanego królestwa ducha. Linia demarkacyjna pomiędzy nimi została przekroczona w sposób niewyobrażalnie daleki, prowadząc do zachwiania starożytnego archetypu symetrii i tym samym tworząc nową, uniwersalną kategorię estetyczną. Duch osnuwa każdy zaułek, przenika źrenice piwnic, wyziera ze szczelin i spękanych wiekiem murów, w tańcu tych zapachów, rodzi się możliwość realizacji wszystkich wewnętrznych potrzeb, jakie wykazuje oświecony człowiek. Wydaje mi się, że to miasto skradło wszystkim innym metropoliom, przypisane im niegdyś fragmenty ducha i właśnie tu, już na zawsze splecione i zaklęte w najdrobniejszych szczegółach, przebywają, aby ujawnić się wybranym.

Obecność idei jest tu namacalna. Jej zwieńczeniem jest wędrowiec, który w każdym oddechu osobliwie koegzystuje z obrazem tego miasta a rodzący się w nim człowiek, ma już nowe oblicze, będące odbiciem wszystkich spotkanych na drodze przedmiotów. Człowiek jest tu rozciągnięty w prawdzie, niejako w niej przebywa.

Kategoria czasu, jej niepowstrzymany marsz, został tu zawieszony. Nie utrzymuję, że to młode miasto, wręcz przeciwnie, starość jest jego sztandarem. I to właśnie ta starość zdecydowanie szepcze pieśń przyszłości. Tu właśnie zaklęte są misteria wiedzy o przyszłych losach człowieka i stąd płynie życiodajny pokarm, który rodzi człowieka duchowej przemiany.

Jest 22.14, czyli 23.14. Siedzę spokojnie w pokoju hotelowym. Właśnie przypomniałem sobie, że opuściłem spotkanie z Juną w sprawie załatwienia mi rodziny. Nie wiem teraz sam, co będzie ze mną.

Środa 19 września

Śniło mi się, że byłem prezydentem. Jeździłem po kraju i witałem się z ludźmi, którzy zawsze na spotkanie wychodzili z wody. Nie z konkretnej rzeczywistości, czy też domów, nie oczekiwali na placach w oczekiwaniu na przybycie.

Zwyczajnie wychodzili z wody.

Wziąłem prysznic, zjadłem na śniadanie cztery jajka sadzone, kromkę chleba i sałatkę owocową. Potem w zamyśle postanowiłem, że cały dzień będę czytał w krajobrazie miasta.

Tak też uczyniłem.

Siedziałem w słonecznym zaułku i czytałem.

Nagle przyszło mi do głowy, że Ukraina jest kobietą, i że to właśnie ona uosabia całość kategorii, zmysłów i wyrażeń, jakie formułują zjawisko kobiecości. W tym fenomenie ściera się wrażliwość, zmysłowe piękno i nieprzewidywalność, niczym ogień, który trawi materię i jest czystą wolnością,

a jednocześnie daje ciepło i podporządkowuje się kategoriom zwyczajnego życia.

Tak właśnie sobie pomyślałem i wróciłem do lektury.

Później przyglądałem się tymczasowości, w której zanurzeni byli mijający mnie ludzie. Tę ulotną, krótką formę chwili, tworzył człowiek, który przechodził z jednego krańca ulicy na jej drugi brzeg i był niczym pielgrzym przekraczający krawędź spotkania tego, co trwa nadal we mnie i tego, co będą poza mną, zaginęło w przepaści czasu byłego. Dzięki temu udało mi się spostrzec, że mieszkaniec Lwowa jest człowiekiem na wskroś wolnym i ten subtelny stan, pozwala mu istnieć w swoim neutralnym wymiarze. Prawda jednoczesnego zapominania i trwania go konstytuuje. Nie musi przekraczać swojej formy, nie wynaturza swojego kształtu, bo nadto go w wolności szanuje. Nie przybiera tych udziwnionych min, charakterystycznych dla człowieka zachodu, owych syntetycznych masek, aby zakryć powłoką prawdę, której sam w sobie nie akceptuje. Człowiek zachodu rodzi zbyteczny ból egzystencji, ponieważ nie jest w stanie przyjąć w pokorze swojej integralnej duchowości, mieszkającej tylko w autentycznej wolności, a którą on determinuje kaprysami i tłamsi, tłumi wszelkimi dostępnymi siłami. W tym bezgłośnym proteście, oplątuje siebie samego kajdanami zniewolenia, taszczy za sobą przerysowane oblicze w grymasie karykatury, i ciągnie za sobą hałaśliwe łańcuchy, które czynią jego „ja” centrum. Ten właśnie ekstatyczny pęd do bycia centrum, lecz z pominięciem ducha, który nigdy nie dąży do egoizmu, tworzy tragizm człowieka zachodu, gdy tymczasem człowiek Lwowa, porusza się sublimacją własnej duszy, która nie zmierza do egoistycznego piedestału, tylko do jedności.

W sumie to dziś byłem bardziej pochłonięty rzeczywistością wewnętrzną.

Mimo to zauważyłem znajomą konferansjerkę z opery. Ubrana była nad wyraz przeciętnie, wszelki widzialny ślad dawnej elegancji zawisnął zapewne gdzieś w czeluściach szafy. Jej nowe wcielenie kontrastowało z niegdysiejszym wizerunkiem i o ile niemożliwe był spoglądanie na nią w oderwaniu od wcześniej zrodzonego wrażenia, o tyle wydała mi się bliższa i bardziej rzeczywista. Odchodziła w niewidzialnej aurze przeszłości, nieświadoma wiedzy, której byłem autorem i która na zawsze już pozostanie w mojej pamięci.  

Dziś spotkałem następujące zwierzęta:

Mucha.

Mucha siedziała w moim pokoju. Czasami bez zauważalnego wysiłku unosiła się nade mną swobodnie i próbowała wciągnąć mnie do jakiejś swojej gry. Nie dałem się. Zresztą byłem zajęty. Czytałem.

Kot.

Spotkaliśmy się gdzieś na rubieżach Starego Miasta, w rejonach nie tyle zapomnianych, co niekoniecznie odwiedzanych. Siedział przy jakimś zielonym, obdrapanym kuble na śmieci. W zasadzie nim go dostrzegłem, usłyszałem miauczenie. Był cały czarny i w jakimś swoim kocim instynkcie, musiałem wydać mu się bliski, bo jak mnie zobaczył, zaczął miauczeć jak opętany. Powiedziałem mu, że w życiu najważniejsza jest miłość. Niestety nie mogłem go zabrać.

Pięć psów.

Pięć psów stanowiło jednolitą, zorganizowaną grupę. Pomimo, że każdy z nich był innym egzemplarzem ze świata psiej różnorodności, to dla mnie byli całością. Przewalili się przez rynek głośnym szczekaniem i w tej chaotycznej kawalkadzie skręcili w ulicę Stawropihijską. Jeden z nich był naprawdę mały.

Po powrocie do pokoju, najbardziej spodobało mi się to, że na stoliku oczekiwała na mnie czekoladka.

Czwartek 20 września

Nie pojmuję zupełnie, dlaczego mam takie wyraziste sny. To raczej nie jest zgodne z moim dotychczasowym doświadczeniem. Z reguły sypiam dobrze, jednak snów nie pamiętam. Jeżeli jednak ma to miejsce, to wtedy chłonę je pełną mocą percepcji. Dziś śniłem, że każdy człowiek odbywa wędrówkę po budynku, o trudnej do określenia strukturze, ale mającym setki drzwi i do tego na każdym piętrze, a tych, ilość była nieodgadniona. Z odległości dającej mi bezpieczny dystans i zarazem doskonały punk widzenia, ogarniałem ludzkie peregrynacje, od jednych drzwi do kolejnych, czasami bywało, że jedne z nich były już otwarte, niekiedy wszystkie zamknięte, ale zawsze były to takie same, idealne w szarości, nieskazitelne w konstrukcji drzwi. Zdarzało się, że niejeden człowiek po wejściu do pomieszczenia, wracał ponownie drzwiami obok, lub też wychodził piętro niżej, a nawet i kilka pięter. Byli też tacy, którzy niejako wdrapywali się w tym małym przedstawieniu, systematycznie, piętro po piętrze, wytrwale i z mozołem, bez cienia sprzeciwu, czy też skargi. A widziałem też zmęczone i pokryte rezygnacją twarze. Nie wiem dokąd zmierzali, ani czy ktokolwiek z nich dotarł do celu. Obudził mnie pan na drabinie.

Dziś pogoda nie była najlepsza.

Ogromne, nabrzmiałe deszczem chmury pokryły niebo szczelnym pierścieniem. Miasto spowił mrok, zapowiedź nadchodzącego deszczu. Rozlał się w geometrycznej przestrzeni budynków i tak oto stał się uzurpatorem ludzkich stanów, bo oto wszyscy nagle przyspieszyli, zostawiając za sobą powolne i zbędne myśli, ich niemy zgiełk zamilkł, dając pierwszeństwo zasadzie ochrony ciała przed zmoknięciem. Taka przeciwdeszczowa zasada.

Tylko drzewa stały w swojej godności. Lekko obdarte z zieleni, ujawniły swoje nagie szkielety. Nieporuszone i władcze.  

Ja natomiast większość czasu przesiedziałem na krześle, przykryty kocem i mając pod ręką książkę.

Potem poszedłem do kawiarni literackiej, pod tytułem Kabinet. Wnętrze wypełniał gęsty dym, spod jego poświaty wyodrębniłem kilka twarzy, nieokreślonych i przenicowanych refleksją, podobnie jak nieokreślony był dochodzący z kuchni zapach.

Pomimo to odnalazłem kelnerkę i zamówiłem gorącą czekoladę. Jakiś człowiek w grubych okularach, o obliczu pewnym i okolonym ciemną brodą, gestykulował zapalczywie i wydawał z siebie dźwięki. Nazywał świat, a wszystko to nagrywała kamera. Mam nadzieję, że wspomniał o tym, że najazdy barbarzyńców wróciły, a wraz z nimi sunęły nieprzeliczalne strugi karawan z dobytkiem, stanowiącym pragnienie tego świata. Może powiedział coś o greckim paideia, późniejszym łacińskim humanitas, a obecnie nazywanym przeze mnie tivitas. Mówił dużo, głosem miękkim i przyjemnie wchłanianym przez ucho. Starałem się coś rozumieć i w rzeczy samej, bywało że rozumiałem.

Pewnie mówił interesująco, ponieważ było sporo osób, w większości młodzi ludzie. To było pocieszające. Może ktoś z nich, kiedyś coś zmieni.

Siedziałem do momentu, w którym dym zaczął szczypać mnie w oczy.

Wychodząc rozpoznałem zapach. To była smażona wątróbka wieprzowa.

A tivitas, to jest ktoś, kto wychowuje się na telewizji.

………………………………………………………

Wyszedłem przejść się po świecie.

O zmroku miasto ogarnia tęsknota, tak jakby myśl o niedawnych przechodniach, wzbudzała w nim smutek chwilowego rozstania. Znów jestem pod kocem. Czuję się jak kuracjusz w sanatorium. Moja dusza tu zakwitła, tak jak słońce wydobywa piękno z kwiatów, tak Lwów uzdatnił rozległe połacie nieużywanych rejonów mojego ducha.

Ja pod kocem.

Miasto pod ciemniejącym płaszczem nocy.

Ja już pod kołdrą i jeszcze czekam na sen.

Miasto jeszcze żegna ostatnich gości, niczym usłużny gospodarz i już czeka na słońce, aby wspólnie rozświetlić nowych pielgrzymów ducha.

Piątek 21 września

Rano byłem w cerkwi. Spotkałem Boga. Siedział tak jakoś smutny. Też byłem smutny, ale inaczej.

Powiedział, że stał się człowiekiem, żeby człowiek stał się Nim. Odpowiedziałem, że trochę rozumiem i że postaram się może jakoś pomóc. Lubię pomagać. Uśmiechnął się. Powiedziałem mu, że nie wiem co mam robić z tym wszystkim. A On na to, że nie chodzi o wiedzę tylko o działanie. No dobra, to coś podziałam wtedy. Działajcie wszyscy – On na to i powiedział, żebym tak dokładnie napisał.

To napisałem.

Potem miałem spotkanie z Ałłą Tatarenko. Bardzo miła i elegancka kobieta. Jest wykładowcą literatury na Uniwersytecie Lwowskim. Rozmawialiśmy o literaturze i poruszaliśmy kwestie przyszłej współpracy. Dzień był lekko zachmurzony a my siedzieliśmy wbici we własne pokrywy fizyczne, tak w przypadku zetknięci wspólną pasją. Dla niej kawa z whisky, dla mnie kakao.

13.56 odjeżdża pociąg. Powoli żegnam miasto i zostawiam swój cień. Wrócę po niego niebawem.

Do widzenia miasto.

W drodze powrotnej przemytnicy rozkręcali jadący pociąg i ze spokojem chowali różne dobra, takie  zabronione w normalnym obiegu. Potem nadeszli celnicy, którzy również rozkręcali pociąg, ale zupełnie w innych miejscach. Nikt im nie powiedział, że szukają w złych miejscach. Ja też nie. Nie znam się na pociągach.

Ponownie w Przemyślu. Piękne miasto. Pobyt zaplanowany na jedną noc, rozciąga się na dwie następne i podczas jednej z tych nocy, śniło mi, że byłem ogromnym ptakiem, który opuścił jaskinie i wzbił się wysoko.

Jest mi tu dobrze. Kiedy patrzę w niebo za oknem, odkrywam, że tam jestem.