Ich Królewskie Mości

 

 

Chociaż w nowoczesnych i postępowych społeczeństwach monarchia, jako ustrój państwa, dawno wyszła z mody, co chwilę w mediach słyszę o królach i ich wiernych poddanych. Nie mówię tu o byle jakich monarchach - nie są to cesarze, nie carowie, nie pierwsi lepsi wielcy książęta, mowa tu o miłościwie nam panujących królu i królowej popu. Król co prawda niedawno zakończył swoją kadencję, lecz królowa ma się jak najlepiej i nie dość, że splendor monarszej władzy czyni jej oblicze jasnym i pięknym,  to  jeszcze udzieli ona w łasce swojej, w umiłowaniu oddanemu ludowi, wielkich wrażeń artystyczno-estradowych.  Przy okazji skasuje za ten występ grube miliony, ale mniejsza o to. Zasięg władzy Ich Królewskich Mości Popu jest szerszy niż obszary największych imperiów w historii. Czyngis Khan, Aleksander Macedoński, Karol Wielki czy Oktawian August razem wzięci, nie mieli tylu poddanych co król Michael i królowa Madonna. No ale też znacznie rzadziej występowali w telewizji.

 

W ogóle ciekawa sprawa, kto wpadł na pomysł aby najsłynniejszego wykonawcę tej miłej dla ucha, prostej rytmicznie i harmonicznie muzyki tytułować królem? Czemu nie prezydentem albo premierem? Ewentualnie kanclerzem. W żadnym razie nie królem, bo o ile pamiętam to monarchów raczej rzadko wybierano głosami niezwykle głośnego i licznego tłumu – ich władza była dziedziczona lub przypisywano jej nadprzyrodzone pochodzenie. Wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale tu przecież o politykę, a nie o poczucie smaku idzie, więc debata jest jak najbardziej uprawniona. Zatem chciałbym swój głos w tej sprawie dorzucić. I tak uważam, że śp. Michael Jackson był utalentowanym władcą, pracowitym i zdolnym muzykiem, któremu jednak sprawowany urząd namieszał w głowie dość solidnie. Ale jak mawiali Rzymianie – o zmarłych tylko dobrze, albo wcale, więc na podstawie niezaprzeczalnych zasług można stwierdzić, że Michael na tytuł prezydenta popu zasłużył.

 

Co innego z panią Ciccione, której można zarzucić wszystko, no może oprócz braku tupetu i konsekwencji. Same te cechy na pewno nie wystarczają do osiągnięcia tytułu królowej, nawet nie pani prezydent. Myślę, że sołtys byłby w sam raz. W najlepszym wypadku wójt. To nawet ładnie brzmi – „a teraz przed państwem, wspaniała, cudowna  wójt popu – Madonna!”.  Pani wójt może być spokojna jeżeli chodzi o kolejne wybory. Ma doskonałych specjalistów od marketingu politycznego i rzeszę agitatorów, którymi są… jej najzagorzalsi przeciwnicy. To właśnie ci najgłośniej oprotestowujący warszawski koncert Madonny, przysparzają pani wójt nowych wyborców. To zupełnie tak samo, jak w przypadku pana Andrzeja Leppera, wyznawcy słynnej teorii – „nieważne jak, ważne żeby w mediach o nas mówili”. Szczerze mówiąc, myślałem, że już się środowiska protestujące nie dają na takie tanie tricki nabierać.

 

Kilka lat temu równie dużo szumu narobiono wokół koncertu innej wysoko urodzonej gwiazdy muzyki – księcia ciemności Marilyn’a  Manson’a. Efekt był łatwy do przewidzenia – bilety sprzedane na pniu, ceny u tak zwanych „koników” kilkukrotnie przebiły cenę wyjściową. Kiedy Brian Warner z zespołem po raz kolejny wybierał się do Polski, z pewnością liczył, że znów burza medialna rozpęta się na dobre, ale ku jego zdziwieniu, tutaj panowała zupełna cisza, a o imprezie nie wiedzieli nawet fani kontrowersyjnego wykonawcy. Oczywiście frekwencja na drugim koncercie nie zachwyciła. Przyznam się, że sam byłem zaskoczony skutecznością i przebiegłością planu polegającego na ignorowaniu niechcianego zjawiska i byłem pewny, że kiedy po raz kolejny ktoś niewygodny postanowi zgorszyć społeczeństwo swoją obecnością, rzeczony plan zostanie wprowadzony w życie ponownie. Jednak myliłem się. Słoweńcy nic nie protestowali i o koncercie pani wójt było tak cicho, że musiała odwołać swój występ w tym górzystym kraju.

 

Oddajmy zatem cesarzowi co cesarskie, od tytułu monarszego zaczynając.

 


Daniel Krokosz

dkrokosz@projektkzo.pl