Rzecz jasna

 

Zgodnie z postanowieniem zabierają nam światło. Od września tego roku popularne setki (czyli żarówki o mocy 100 W) bezpowrotnie wyjdą z produkcji i na półkach sklepowych dostępne będą dopóty, dopóki ostatnia z rodu nie zniknie z magazynu. A biorąc pod uwagę ogólnoeuropejską melancholię, jaka z ich powodu ogarnęła społeczeństwa, i tempo, w jakim tę melancholię próbuje się amortyzować, wykupując na potęgę zapasy ze sklepów – setki wyjdą z tego świata lada moment. Kolejnego września, jak dalej stoi w postanowieniu, znikną z rynku pozostałe: najpierw żarówki o mocy 75 W, następnego września – żarówki sześciedzięciowatowe, a na jesień 2012 roku ewaporowane zostaną piętnastki, dwudziestki piątki i czterdziestki. Taka jest decyzja Unii Europejskiej, a ściślej mówiąc – komisji ds. ochrony środowiska naturalnego Parlamentu Europejskiego. Brawo, komisarze.

 

Specjaliści twierdzą, że tradycyjne żarówki są nieefektywne, to znaczy pobierają więcej mocy niż przeznaczają na oświetlenie, co w dobie ograniczania emisji gazów cieplarnianych i medialnych kampanii wymierzonych w niewidzialnego wroga pod postacią dziury ozonowej o wampirzych zębach – pozostaje niewybaczalne. Jednocześnie i zupełnie przypadkowo wszystkie dane na temat szkodliwości tradycyjnych żarówek pochodzą w całości z opracowań producentów konkurencyjnych świetlówek. Trudno natomiast dotrzeć do niezależnych raportów, które zweryfikowałyby dane serwowane przez koncerny.

 

Dla jasności: pomysł, aby oszczędzać energię, jest – rzecz jasna – zasadny i słuszny, czym byśmy bowiem zasilali telefony komórkowe i laptopy, z czego czerpalibyśmy energię, gdyby jezioro doszczętnie wyschło? Podejrzenie wzbudza natomiast fakt, że cała akcja kolejny raz odbywa się pod pełnym dramaturgii sloganem walki z globalnym ociepleniem, o którym można powiedzieć tyle, że dobrze się o nim dyskutuje i jeszcze lepiej na nim zarabia. Gdyby globalne ocieplenie rzeczywiście istniało, stanowiłoby oczywiście wyraźny powód do zaciśnięcia energetycznego pasa, tymczasem – jak przekonuje ten czy ów specjalista – skoki temperatury nie są niczym nadzwyczajnym i w historii świata zdarzały się spektakularniejsze ocieplenia, które przechodziły bez większego echa. Al Gore, przodownik kampanii na rzecz obniżania temperatury na świecie, na pewno o tym wie, ale jednocześnie głupio byłoby mu się z tym publicznie zgodzić, skoro całe swoje dorosłe życie poświęcił na uświadamianie ludzi o istnieniu zagrożenia, którego nie ma.

 

Cała operacja wdrażania na rynek nowych, energooszczędnych świetlówek opłacona zostanie z publicznych pieniędzy i przysłuży się dwóm wielkim koncernom: Philipsowi i Siemensowi, które kontrolują 60% unijnego rynku świetlówek i które przez lata rozwijały technologię energooszczędnego oświetlenia. W obliczu niskiego zainteresowania świetlówkami i narastającego wrażenia umoczenia kilku miliardów euro lobbyści Philipsa i Siemensa – jak sugeruje austriacki tygodnik "Profil" – postanowili przeforsować "ekologiczny" projekt, aby pieniądze wreszcie zaczęły się zwracać. W tym celu należało pozbyć się głównego i jedynego przeciwnika – tradycyjnej żarówki – jako produktu niezgodnego z normami unijnymi. A normy jasno i wyraźnie mówią: "Tradycyjna żarówka robi środowisku syf, a myśmy sobie środowisko umiłowali". Tak, jasne. Pytanie jednak co ze szkodliwym wpływem żarówek energooszczędnych, zużyta świetlówka wyposażona w rtęć staje się przecież odpadem toksycznym, co w czytelny sposób pozostaje w kontrze do postulatów głoszących umiłowanie ździebełka pszenicy.

 

Kartą ekologii i globalnego ocieplenia rozgrywa się wspaniałe mecze, a jeśli gra się umiejętnie i ze sprytem, można przy okazji strącić z drzewa kilkanaście dorodnych kokosów, które lecąc na ziemię, po drodze rąbną obywatela – przypadkowo lub nie – w głowę i z miejsca pociemnieje mu w oczach.



Jakobe Mansztajn

mansztajn@projektkzo.pl