KSIĄŻKA vs TELEWIZOR - rozmowa z Piotrem T. Nowakowskim


Piotr Tomasz Nowakowski (ur. 1974)  jest doktorem pedagogiki, dziennikarzem i publicystą oraz wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Zajmuje się problematyką społeczną i pedagogiczną, publikował m.in. w tygodniku „Echo”, „Tygodniku Solidarność”, kwartalnikach „Cywilizacja”, „Sekty i Fakty”, „Wychowawca” i „Ethos” oraz w słowackim kwartalniku „Rozmer”. Jest autorem książek na temat działalności sekt oraz wpływu mediów na współczesnego człowieka. Prowadzi również działalność szkoleniową, w ramach której współpracuje z Instytutem Edukacji Narodowej w Lublinie, Stowarzyszeniem Rafael w Krakowie, a także z krakowskim Teatrem Centrum w zakresie spektakli profilaktycznych skierowanych do młodzieży szkolnej: „W sidłach” (na temat sekt) oraz „TV story” (na temat mediów). Jest związany z Ruchem Światło-Życie.


K.L: Czy książki są lepsze od telewizji?

P.T.N: Pod względem przekazywania niektórych informacji telewizja góruje nad książką. Przenosi widza w odległe zakątki ziemi, do historycznych miast i zabytków, umożliwia dostęp do bogatego świata nauki, kultury i sztuki. Obrazy przesyłane na odległość pozwalają na oglądanie miejsc, których nigdzie indziej nie zobaczymy, lub osób, których być może nigdy więcej nie spotkamy. Jednak w wymiarze czysto ludzkim książka daje większe korzyści niż telewizja.

K.L: Jakie to korzyści?

P.T.N: Przede wszystkim czytanie uczy myślenia. Podstawowy kanon komunikacji międzyludzkiej oparty jest na słowie, gdyż to właśnie ono poprzez odwołanie się do świadomości jest fundamentem naszej racjonalności. Słowo stanowi podstawę uczenia się, a tym samym uczestnictwa w kulturze. Obcowanie ze słowem pisanym lub mówionym ma ogromny wpływ na nasz rozwój. Osoby, które zerwały z cywilizacją słowa, rzadko mają swoje zdanie, idą za tłumem, samodzielne myślenie ich męczy.
Po drugie, czytanie pobudza wyobraźnię. Telewizja myśli za nas. Nie musimy nic sobie wyobrażać i do niczego dochodzić drogą naturalnej refleksji, bo wszystko mamy podane jak na dłoni: scenerię, mimikę, ton głosu. Tymczasem czytając słowo pisane, sami dokonujemy aktów twórczych wyobraźnią: obsadzamy role, obmyślamy tło i kierujemy akcją. Mamy dużo swobody. Każdy szczegół wygląda dokładnie tak, jak zechcemy. A więc czytanie otwiera szersze pole do popisu niż oglądanie telewizji. Szklany ekran jest w stanie zawładnąć wyobraźnią, lecz jej nie pobudza. Natomiast dobra książka porusza i ożywia umysł.
Po trzecie, czytanie rozwija umiejętność wysławiania się. Wymaga wprawdzie zdolności językowych, lecz jednocześnie je rozwija, ponieważ jest nierozłącznie związane z mówieniem i pisaniem. Każdy nauczyciel potwierdzi, że osiągnięcia w nauce są ściśle związane z zasobem słów. Od tego zależy, ile uczeń rozumie, gdy czyta oraz jak przelewa swe myśli na papier.
Po czwarte, czytanie wyrabia cierpliwość. W trakcie tej czynności przetwarzanie informacji zachodzi w świadomości, a więc przebiega wolniej niż w przypadku percepcji obrazu telewizyjnego. Odwracając kartki, wchodzimy stopniowo w mechanizm narracji. Treść zdań, akapitów i stron odsłania się po kolei, zgodnie z logiką. Musimy przemyśleć, zinterpretować i ocenić zawartość strony. A gdy myśl jest zbyt skomplikowana, cofamy się i czytamy jeszcze raz. Tempo zależy od nas. Można powiedzieć, że czytanie to złożony proces dekodowania, który wymaga cierpliwości i jednocześnie ją rozwija. Oglądanie zaś telewizji jest tak banalnym zajęciem, że jeszcze u nikogo nie stwierdzono niezdolności oglądania telewizji.

K.L: A czy telewizja może uzależniać?

P.T.N: Od telewizji faktycznie można się uzależnić. Temu nałogowi ulegają często ludzie, którzy czują się samotni, a może inaczej ¬– stają się osamotnieni, bo zbyt dużo czasu poświęcają telewizji. Tak czy inaczej intensywne siedzenie przed ekranem przypomina nieco samotne picie do lustra, uważane powszechnie za oznakę, że nałóg wszedł w następne stadium, kiedy staje się murem odgradzającym od świata i ludzi. W naszym kraju wciąż zbyt rzadko uwzględnia ów mechanizm będący źródłem uzależnień, jakim stała się telewizja. Częściej media odnoszą się do niemniejszego problemu, jakim jest uzależnienie od internetu. Ale to już inny temat.

K.L: Czy można mówić o ogłupiającej roli telewizji?
   
P.T.N: Problem ten może dotyczyć osób, które funkcjonują przy nieustannie włączonym telewizorze. Wystarczy nacisnąć guzik i przez resztę dnia domowym sprawom towarzyszy brzęczenie szklanego ekranu. Decyzja ta niesie ze sobą dwa niepokojące zjawiska. Po pierwsze – telewizor przeszkadza skoncentrować się na tym, co robimy, po drugie – podsuwa strzępki słów i obrazów, wobec których pozostajemy bezbronni, bo nie jesteśmy w stanie uruchomić żadnych mechanizmów kontroli. Posługując się językiem medycyny, można powiedzieć, że długie przebywanie przed ekranem obniża naturalne siły obronne organizmu i ułatwia wtargnięcie wirusom ukrytym w przekazie telewizyjnym. Naturalne uzbrojenie – w postaci krytycyzmu – nie działa, a wszelkie informacje gromadzą się w pamięci bez udziału filtru ludzkiego rozumu.
Kolejny problem to skłonność do popadania w schematy i osłabienie abstrakcyjnego myślenia. Obraz medialny neutralizuje intelektualne władze człowieka, wypierając umiejętność nazywania i kwalifikowania. „Telewizyjne pokolenie” mówi sloganami, telewizyjnym slangiem, zniekształcając i tak już zachwianą strukturę języka.
Zauważmy ponadto, że nadmierne oglądanie telewizji ogranicza czasoprzestrzeń dla rozwoju indywidualnego. Im więcej czasu dziecko spędza przed telewizorem, tym gorzej się uczy. Jest bardziej pobudliwe, mniej pamięta i nie umie się skoncentrować. Utracony czas i energię mogłoby przecież przeznaczyć inaczej – na zdobywanie nowych wiadomości, czytanie bajek, rysowanie, budowanie z klocków, zabawy ruchowe i kontakty z rówieśnikami.

K.L: W jaki sposób media mogą fałszować obraz rzeczywistości?

P.T.N: Problem tkwi już w samej technice przekazu, która pośredniczy pomiędzy nadawcą a odbiorcą. Mówi się o „zapośredniczaniu rzeczywistości”. Nie da się bowiem uniknąć sytuacji, gdy sama technika przekazu mniej lub bardziej zniekształca komunikat przesyłany do adresata. Skoro media nie dają nam możliwości poznania bezpośredniego, mogą być wykorzystane – jak ujął to prof. Henryk Kiereś –  jako narzędzia kreacji faktów, czyli po prostu manipulacji. To jest punkt wyjścia do dyskusji nad informacyjnymi „przekrętami” czwartej władzy, którą, jak wiele symptomów wskazuje, można by z powodzeniem nazwać władzą pierwszą.

K.L: Nazywa Pan wprost pewne zjawisko, które obserwujemy w Polsce od jakiegoś czasu. Co to jest „książkowstręt”?

P.T.N: Chodzi o przeogromną niechęć do czytania, którą odczuwa cała rzesza osób współcześnie żyjących. Ogarnięci „książkowstrętem” ludzie potrafią czytać, ale nie chcą. Kiedyś oddawano się lekturze dla przyjemności, dziś niejeden odsuwa ją na bok. Do czytania trzeba się zmuszać, nie wspominając o lekturze szkolnej, która dla młodzieży stanowi przykry obowiązek. Inaczej jest z telewizją, która okazuje się niezwykle atrakcyjna zwłaszcza wtedy, gdy nagromadzone w ciągu dnia zmęczenie zniechęca do umysłowej aktywności, a na wieczorne chwile człowiek poszukuje choć trochę lekkiej rozrywki. Gdy wracamy do domu po ciężkiej pracy, zamiast wziąć do ręki książkę, włączamy telewizor. Tak jest łatwiej. Oglądanie programów telewizyjnych nie wymaga wysiłku: wystarczy usiąść i za pomocą pilota dokonywać mniej lub bardziej świadomych wyborów.


K.L: Ostatni raport o stanie czytelnictwa w Polsce wyraźnie wskazuje skalę problemu, co zrobić, aby tą sytuację zmieniać, czy da się ją zmienić?
 
P.T.N: Diagnoza wynikająca z raportu nie jest optymistyczna, a spodziewam się, że może być jeszcze gorzej, bo obserwujemy postępujący proces porzucania „galaktyki Gutenberga” na rzecz mediów elektronicznych. Druk zastępowany jest eBookami i audiobookami. Sprzedaż prasy spada kosztem portali internetowych. Antidotum dla tej sytuacji poszukiwałbym w wychowaniu do czytelnictwa, które powinno się rozpoczynać w rodzinie. Dobry przykład ze strony najbliższych, domowa biblioteka, atmosfera sprzyjająca czytaniu. To wszystko może towarzyszyć dziecku już od najmłodszych jego lat, o czym przekonuje dr Justyna Truskolaska na kartach swej arcyciekawej książki pt. „Wychować miłośnika książki, czyli czytelnictwo i okolice”. Pożyteczne w tym względzie są oczywiście również wszelakie akcje promujące czytelnictwo, jednak nic nie zastąpi w tym względzie rodziny.

 

Więcej na ten temat w książce Piotra T. Nowakowskiego „Fast food dla mózgu, czyli telewizja i okolice”, wydawnictwo maternus, 2002
 






Katarzyna Lis