APOKASTASIS, PIERWSZE OKRĄŻENIE - Dariusz Sieńczewski

Dariusz Sieńczewski (ur. w 1966) - nowoczesny konserwatysta. Absolwent Filozofii  na UG. W młodości orędownik metody naukowej, teraz poszukiwacz prawdy i porozumienia. Utopista i idealista o dionizyjskim usposobieniu wierzący w mediacyjną rolę sztuki. Za jej pomocą pragnie zrealizować społeczną  „Grę  o porozumienie”.


Apokastasis

Pierwsze okrążenie

„Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. A gdy wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali. I mówili jeden do drugiego: Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu. A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej, rzekli: Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi. A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie, i rzekł: Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego!  W ten sposób Pan rozproszył ich stamtąd po całej powierzchni ziemi, i tak nie dokończyli budowy tego miasta. Dlatego to nazwano je Babel, tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi. Stamtąd też Pan rozproszył ich po całej powierzchni ziemi”.

(Ks. Rodzaju 11:1–9, Biblia Tysiąclecia)

 Obecna sytuacja jaka, zarysowała się w filozofii, przypomina powyżej zacytowaną historię z jedenastego rozdziału Księgi Rodzaju Starego Testamentu. Opowieść o mieście Babel i mówiących jednym językiem nauki jego mieszkańców, którzy wznoszą tej nauce pomnik w postaci wieży, poucza nas, że naukowo- analityczne myślenie nie tylko nie daje oczekiwanych rezultatów, ale może doprowadzić do katastrofy. Aby temu zapobiec, Bóg pomieszał ludziom języki, zmuszając ich do życia i komunikacji raczej poprzez wieloznaczne symbole niż intersubiektywne pojęcia naukowe. Doprowadził nas tym samym do rozproszenia, ograniczając nasze wysiłki w poznaniu do konkretnej gry językowej poszczególnych grup i nacji oraz perspektywy czasu historycznego, w którym się znaleźliśmy. Ta sytuacja chroni ludzkość przed jednostronnością, a jednocześnie jest nadzieją i zaprasza nas do udania się w daleką podróż.

 „Dopóki prawdy szukać będą ludzie prowadzący osiadły tryb życia, nie zostanie zerwane jabłko z drzewa poznania. Za to powinni się brać bezdomni poszukiwacze przygód, urodzeni koczownicy” (L.Szestow, „Na szlakach Hioba, Duchowe wędrówki”, Warszawa 2003).

Czy jednak dane nam będzie kiedyś zakosztować tego owocu, a tym samym powrócić do miejsca wygnania?

Historia lubi zataczać koło, czego byli pewni starożytni stoicy, widząc raczej w pojęciu „apokastasis” heraklitejski ogień życia niż ogień śmierci krematoriów w hitlerowskich obozach zagłady, sprowadzony przez Paula Celana do pojęcia „kenosis” (P. Celan, „Fuga śmierci”,[w:] P. Celan, „Wiersze”, Kraków  1988, s.9–13).

„Skazujemy pana Hallera na karę wiecznego życia” (H. Hesse, „Wilk stepowy”, Warszawa 2005, s. 159. Podkreślenie autora) miał powiedzieć prokurator w literackim świecie Hermana Hessa. Czy więc „kenosis” może nieść ukojenie? 

Myślę, że czas może być rozumiany jako obracające się koło lub jako koło, które znosi się poprzez domknięcie. Milcząco pominąłem tę najbardziej popularną w naszej kulturze judeochrześcijańskiej figurę czasu jako prostą, półprostą bądź odcinek. Myślę, że jeżeli osiągnięcie prawdy ma kiedyś nastąpić, to ulotna szansa złapania za grzywkę bożka Kairosa musi być nam ułomnym dana wiele razy.

Figura koła posiada średnicę, która jest jego wysokością (przestrzenią), ale i zarazem szerokością (czasem), a właśnie w połączeniu paradygmatów uprawiania filozofii w czasie i w przestrzeni widzę dla niej jedyną drogę. Próby takiego filozofowania były i to dość dawno. Można je zauważyć w koncepcji wertykalnego usytuowania niezmiennych idei w drugim żeglowaniu Platona, a jednocześnie dostrzeżeniu przez tego najzdolniejszego ucznia Sokratesa czasowych i perspektywicznych cieni na skalnym odbiciu jaskiniowego, ziemskiego świata. Niestety, nie zdążył ON połączyć mostem brzegu logosu z brzegiem mitu, aby uczynić z nich jeden łączący byt z życiem, świat mito-logii (W. Hirsch, „Platon Weg zum Mythos”, Berlin 1971). Może oślepił go blask Jedni, na którą zapatrzył się zbyt długo, zapominając o diadzie? Później było już tylko gorzej. Pomijając chyba tylko poetów, którzy w przeciwieństwie do filozofów potrafią obywać się bez mostów:

           „Znów głośniej biegnie me głębokie życie,

jak gdyby w szerszych brzegach rozszumiałe,

I wszystkie rzeczy są mi coraz bliższe,

Czystsze obrazy, na które patrzałem.

 

Z niewysłowionym bardziej poufały:

Zmysłami mymi sięgam jak ptakami

aż do wietrznego przestworu nad dębem

i w przełamany dzień stawów głębiej

wnika uczucie moje, stojąc jak na rybach”

(R. M. Rilke, „Postęp” [w:] R. M. Rilke, „Poezje”, Kraków 1987)

 Czy Sokrates przecenił swój rozum, jak sądzą krytycy intelektualizmu etycznego? A może mówiąc o „arete”, która jest wiedzą, miał na myśli coś całkiem innego niż to, co my, żyjąc w odczarowanym świecie, rozumiemy jako naukową „episteme”. Sam przecież twierdził, że cała jego wiedza to świadomość niewiedzy. A mimo to wyrocznia w Delfach uznała go za najmądrzejszego z żyjących. Czyż „kassotis”, z którego piła Pytia nie było źródłem prawdy?

„[…] Jeśli chcesz znaleźć źródło

musisz iść do góry, pod prąd.

Gdzie jesteś źródło?

Cisza.

Dlaczego milczysz?

Jakże starannie ukryłeś

tajemnicę twego początku.

Pozwól mi wargi umoczyć

w źródlanej wodzie,

odczuć świeżość.”

(Jan Paweł II, „Po co mi mówisz”)

Jak daleko można się cofnąć w przeszłość, by nie stracić pojęć teraźniejszego języka?

 

„Klacze unoszące mnie, daleko, gdzie pragnie me serce

przywiodły mnie do drogi Boga pełnej opowieści,

która wi(e)dzącego śmiertelnika prowadzi przez wszystkie miasta.

Tam byłem niesiony; ponieważ wiodły mnie roztropne konie

wszystkimi siłami ciągnące wóz, a dziewice wskazywały drogę.

Rozżarzona oś w piastach, niczym flet

wydała dźwięk (z obu stron naciskana

przez dwa obracające się koła),

kiedy córki Słońca, porzuciwszy dom Nocy,

rękoma zrzucały zasłony z głów i ku światłu dnia pognały zaprzęg.

Tam są wrota, za którymi biegną ścieżki Nocy i Dnia,

trzymane przez nadproże i kamienny próg;

wysoko w eterze tkwią potężne odrzwia,

a surowa Sprawiedliwość dzierży podwójne klucze […].”

(Parmenides, „O naturze”)

Parmenides po powrocie z tej podróży nie był w stanie mówić. Wydukał tylko dwa zdania: „Byt jest. Niebytu nie ma”. A przecież nie był to bełkot szaleńca jak ważą się sądzić uczeni. Doszukując się tautologii w tej prawdzie objawionej, obnażają oni w całej okazałości nasz wspólny upadek w świecie, w którym rządzi nauka. W świecie, w którym zapomniano, już być może na zawsze, że bytem nie może być smutek cienia, a słońce, które jest cienia źródłem, też pewnego dnia zgaśnie.

„Zdanie »Grass is green« jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy, gdy TRAWA JEST ZIELONA” – powiedział znacznie później inny filozof z miasta, które tylko trawą pozostać miało. Czy metajęzykiem dla Parmenidesa była mowa Bogini!? A jeżeli tak rzeczywiście było, to czy mówiąc wierszem heksametru, Parmenides nie chciał nam przekazać, że BYT, który Jest nie mieszka w naszym świecie nie bytu. Świecie, którego tak naprawdę nie ma?

„[…]Ktoś przychodzi przez zawieje przez zamiecie

Czy ktoś widział tutaj Boga – na tym świecie

Śpiewaj różo suchy głogu w białym szronie

A ty kołysz się w zawiei świecie-dzwonie

Śpiewaj śpiewaj tę ariettę – dla nicości

Wiewióreczki dla nas nie ma tu litości

Myszki krety do widzenia – i wy głogi

Skręca droga tam gdzie nie ma żadnej drogi

A ty kołysz się w zawiei – dzwoń na trwogę

To arietta na tę drogę na tę drogę.”

(J. M. Rymkiewicz, „Arietta zimowa”)

Przyjście człowieka na świat nicości jest jednocześnie jego śmiercią. Może więc po prostu lepiej się nie urodzić? Nie płodzić córek i synów, wykastrować się i umrzeć, jak chcieli zrobić dwaj korybanci ocaleni przez boginię Kybele. Dwaj panowie H. Pierwszy, zwany Ciemnym, za uratowanie życia w rwącej rzece złożył w ofierze Bogini swój traktat „O naturze”. Ten drugi, o imieniu Attis, błądząc w poszukiwaniu ducha Zaratustry, doszedł do bezdroży nazistowskiej śmierci. Ale i on ozdrowiał („vervindung”). Odnalazł w końcu drogę. Leśną ścieżkę w dzień słoneczny niczym potoczystą mowę. Zyskał prawdę od poetów, odnajdując ją między słowami zapomnianych wierszy. Prawdę prześwitującej nieskrytości.

Dwaj panowie H odnaleźli źródło bytu w mowie, w logosie.


„Co dzień wędruje innymi ścieżkami, raz

Zielonym listowiem lasu, raz do źródła,

Albo ku skałom, gdzie kwitną róże,

Patrzę ze wzgórza na świat, lecz nigdzie,

O Cudowna, nigdzie pod słońcem nie znajduje ciebie

I słowa nikną w powietrzu,

Nabożne, które przy tobie niegdyś

Tak daleko jesteś, błogie oblicze!

A twego życia miły głos przebrzmiewa,

Przeze mnie nie słyszany więcej, o! gdzie jesteście

Czarodziejskie śpiewy, które me serce kiedyś

Koiły spokojem bogów? […].”

(F. Hölderlin, „Co dzień wędruję”)

Drugie okrążenie

„Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę istota żywa.  I tak mężczyzna dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom powietrznym i wszelkiemu zwierzęciu polnemu, ale nie znalazła się pomoc odpowiednia dla mężczyzny. Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał, wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny,  mężczyzna powiedział: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta. Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem. Chociaż mężczyzna i jego żona byli nadzy, nie odczuwali wobec siebie wstydu”.

(Ks. Rodzaju 2:19–25, Biblia Tysiąclecia)

Czy można mówić językiem, który jest tylko  naszą prywatną własnością? Czy Adam potrafił rozmawiać z Bogiem? Nawet w raju potrzebował pomocy?

Adam, aby stać się człowiekiem potrzebował mowy, języka którym by do kogoś mówił. To dlatego Bóg stwarza mu istotę z jego krwi i kości tak bardzo do niego podobną, ale i też różną od niego. Seksualność po łacinie znaczy rozdzielenie, które łącząc się poprzez słowa miłości tworzy pojęcie religii. I tak Bóg, stwarzając język, który wcześniej był tylko bełkotem samotnika ustanawia to, co Grecy nazywali erotycznością.

Czy ta biblijna przypowieść nie przypomina jako żywo historii opowiedzianej przez Arystofanesa podczas platońskiej Uczty?

Język. Pierwszy język był mową miłości do Boga. Mową Prawdziwą, Dobrą i Piękną, zanim stał się narzędziem buntu i zmowy. Pokuszeniem, wypowiedzianym szeptem w cieniu rajskiej jabłoni. Pożądaniem boskiej wiedzy.

„Śpiew, jak nauczasz, nie jest pożądaniem

ni walką o to, co jest osiągalne.

Śpiew to istnienie. Dla Boga — banalne.

 

Lecz kiedy istniejemy? Kiedy skłania On

ku nam słońce i gwiazdy, i świat?

Nie myśl, młodzieńcze, że miłujesz, jeśli

wzburzone tony przez usta twe płyną.

 

To nie śpiew jeszcze. Te dźwięki przeminą.

Bo inne tchnienie jest prawdziwej pieśni —

tchnienie nicości. Powiew w Bogu. Wiatr.”

(R. M. Rilke, „Sonety do Orfeusza III”)

Czas. Święty czas rajskiej wieczności, pierwszych w sobie zakochanych ludzi, został przez ich grzech utracony na zawsze. W bólu, żalu i tęsknocie, Adam i jego ukochana Ewa dostają w zamian trwanie w trudzie i w pracy. Trwanie, które ich powoli zabija. Lecz zanim odejdą na zawsze, płodzą swych synów, aby im w słowach przekazać skąd się wywodzą i co uczynili. Aby oni również przekazali następnym świętą funkcje języka, zanim zakryje ją mowa. Mowa, która służy tylko życiu.

Obchodzenie święta jest od tamtych dni do teraz ostatnim tabu. Obchodzeniem, a nie docieraniem do błędnego celu. Obchodzeniem, które w języku nazywamy spędzaniem naszego czasu. Spędzaniem, czyli zabijaniem trwania, tak jak spędza się płody nienarodzonych, ukrywając ten czyn w mowie. Zabijaniem powszedniego czasu, by na chwilę zapomnieć, że odchodzimy. By mieć nadzieję, a jednocześnie udawać, że nic się nie stało. By razem grać.

„Dopóki z sobą grasz, to tylko

sprawa zręczności , Błacha sprawa,

ale gdy nagle chwycić musisz piłkę,

którą odwieczna towarzyszka zabaw

ku tobie rzuci, owym łukiem

dokładnie znanym, niczym przęsło

co z mostu Boga w górę wzlata

wtedy to władzą jest ta zręczność-

nie twoja, ale świata.”

(R.M. Rilke, „***”)

Gra, w którą gramy, by uciec od życia, od trwania w niebycie, nie jest igraszką ani zabawą. To właśnie obecne, przez nas takie jej traktowanie spowodowało, że Święto stało się tylko niedzielnym piknikiem. Samym tylko zapomnieniem trudu życia powodującym w nas uczucie nieznośnej nudy. Pustkę pomiędzy życiem a wiecznością, w której naszym jedynym pragnieniem jest nieodczuwanie cierpienia. A przecież Gra nie jest naszą świadomością życia. To raczej poprzez nią przypominamy sobie („anamnesis”) Świat, w którym nasza sobość jeszcze Była. Ten Świat ukryty jest też w mowie. Języku, który ciągle się zmienia, zasłaniając trwałe znaczenie pojęć. Zakrywając prawdę, aby służyć życiu. Po co więc prawdy szukamy? Po co tworzymy dzieła sztuki wywołujące Grę, która jak wyrzut sumienia dręczy nasze samozachowawcze ego?

„W zwiędłym lesie jest ptaków wołanie

wołanie bez powodu w zwiędłym lesie.

Lecz to okrągłe ptaków wołanie

spoczywa w chwili, co mu dała trwanie

wielkie jak niebo na zwiędłym lesie.

Posłusznie wszystko układa się w krzyk:

Krajobraz jakby leżał w jego dłoni,

gwałtowny wiatr jakby przylegał do niej,

a chwila, która chce ze siebie wyjść,

jest blada, niema jakby znała ciszę

rzeczy, od których musi umrzeć każdy,

kto z tego krzyku wyszedł.”

(R. M. Rilke, „Niepokój”)

Gramy o sens, nie znajdując go w życiu, które jest pracą uwikłaną w partykularny cel przetrwania. Konfliktem anioła ze zwierzęciem, który, pokonując bestię, płacze nad swoim osamotnionym losem, zazdroszcząc beztroski innym stworzeniom. Gramy, by się porozumieć, odnajdując na chwilę wspólny język, w którym tak jak w tym  pierwszym, pojęcia nie zmieniają swoich znaczeń. Godząc się w języku zmysłu wspólnotowego, którym naszą miarą można oceniać i osądzać, oświetlając widnokrąg  rozumienia zanim cień czasu przesunie go dalej w przyszłość.

Przesuwający się horyzont rozumienia, zawsze jednak tak jak ślimak coś z drobin przeszłej drogi ze sobą zabierze. Te okruchy zostają w języku i niczym ziarna piasku pozostawiają trwały ślad na jego słowach.

„To są wszechobecne siły bogów.

Czyś je zgłębiał? Oddech ich ducha jest w pieśni,

Gdy ulatnia się ze słońca dnia i z ciepłej

Ziemi, z nawałnic w powietrzu i z innych jeszcze,

Które krążą dojrzalej w głębinach czasu,

Brzemienniejsze  znaczeniem zrozumialsze

Miedzy niebem a Ziemią i wśród ludów

To są myśli wspólnego umysłu, które

Cichy kres mają w duszy poety,

 

Co do żywa dotknięta wzruszeniem, nieskończoności

Bliska od dawna, zadrżała od wspomnienia

I zapalona świętym promieniem zrodziła

Owoc miłości, płód bogów i ludzi,

Pieśń udaną, aby świadczyła o jednych i drugich.

Tak mówia poeci, że gdy zapragnęła

Ujrzeć boga żywymi oczami, padł na dom Semeli

Błysk gromu i ugodzona przez boga

Zrodziła owoc burzy, świętego Dionizosa.

 

I dlatego dziś synowie ziemi

Piją bezpiecznie niebieski ogień.

Lecz nam trzeba pod burzami Boga

Stać z głową odkrytą, poeci !

Piorun Ojca, Jego samego

Uchwycić własną ręką, i wręczyć ludowi

Dar nieba, spowity w poezję.

Jesteśmy bowiem czystego serca,

Jak dzieci, ręce nasze są niewinne.

Piorun Ojca, jasny nie spala się wcale,

I głęboko wstrząśnięte, współczujące z bólem

Boga, trwa niespożyte wieczne serce.”

(F. Holderlin, „Jak w dzień święta”)


N-te Okrążenie

Szepnij do mnie

 z daleka

zanim jeszcze byłem Tobie poręczny

Ten wieczór, kiedy już wiedziałem

Ulep ze słów

ale nie tych, którymi troszcząc się  by nasze dzieci miały chleb

Modlisz się

I prosisz o niego twojego Boga.

 

Powiedz do mnie teraz

gdy śpimy

 i nie znamy jeszcze nowych wyrazów, które jutro

 wprowadzą w obieg  poranne gazety

a my pijąc kawę

będziemy się ich uczyć na pamięć, by móc rozmawiać

 

Nasze dzieci będą się śmiały

że nie znamy

tak jak oni

całej mowy.

                            Dariusz Sieńczewski