COŚ, CO JUŻ BYŁO GDZIEŚ - ale postanowiło powrócić

Z tęsknoty nad pokojem serca narodził się duch wojownika. Napisałem coś takiego wczoraj wieczorem. Nie zrobiłem tego na papierze. Napisałem to na suficie. I nie zrobiłem tego z powodu tęsknoty, ponieważ nie gościłem tego uczucia w sobie od dawna. Powód był prozaiczny. Zaniepokoiłem się oddechem w sobie, który już nie rozpraszał żadnych niejasności. Leżałem spokojnie z głową wtopioną w poduszkę. A w duszy nic się nie działo. Zupełnie. Duch wojownika, algorytm walki, pokusa za ideałem, wszystko to opadło gdzieś w głębi, albo też i odeszło. Wpatrywałem się w mapę pęknięć na suficie, były nieregularne, jakieś chaotyczne. W ich szczelinach zawzięcie pracowały korniki, małe uparte stworzenia. Nic tylko ciągłe skrobanie. Zaprogramowane na drążenie wąskich przesmyków, utworzyły na moim suficie górniczy, podziemny świat. Po co w ogóle taki kornik grzebie w mięsistym drewnie. Nie miałem na ten temat żadnej wiedzy, nie miałem też wiedzy na każdy inny temat. Mój mały amebowaty mózg zajęty był „niczym”. A przecież tak pragnąłem działać, zmieniać, formować ludzkiego ducha w betoniarkach słów, aktywizować sąsiada, kopnąć w dupę koleżankę, żeby nie pałętała się bez celu po podwórku życia, podejść do kolegi, żeby pił, ale trochę tylko, bo trochę, to też jest dobrze, bo niby dlaczego gasi on w sobie tego ducha, którego ja podziwiam a teraz to tylko żal patrzeć na śnieżne zagony, w których on zalega bez życia.

Kupiłbym sobie wentylator sufitowy. Taki mały, niepozorny helikopter do rozpraszania myśli. Kochałbym ten wentylator za to, że uczyniłbym mój umysł ruchliwym, czujnym, gotowym do akcji. Obracane śmigła, sinoszare łopatki, tanie, z plastiku, tnące powietrze mojego życia, które straciło dostęp do tlenu. Prawda jest taka, że prawie już się udusiłem. Sam sobą. Sam w sobie. Ale ten wentylator, gówniany chiński produkt wniósłby w moją duszę nową przestrzeń. Tak to sobie wymyśliłem. Ale czy aby na pewno? Czy znowu nie jestem karmiony własną naiwnością. Mogę się tego po sobie spodziewać. W oczach innych ludzi uchodzę za kolesia, który chodzi po krawędzi życia, co dla mnie jest czystą normalnością, dla pozostałych bywa śpiewem szaleńca. Tak to podobno wygląda, więc pewnie ten wentylator to kolejne nadużycie, mała pomyłka, kolejny artefakt niedojrzałości życiowej, wyszeptali by za mną ci, widzący mnie w tle letniego krajobrazu. Przemierzam gęste powietrze dnia, dźwigam na plecach cztery skrzydła i tak idę, chociaż uwierzyłem, że mogę latać.

I zrozumiałem, że myliłem się. Moja dusza tęskniła za tym, abym ponownie stał się wojownikiem. Mogę być błazeński, w tym swoim idealistycznym kosmosie umysłu, którego pożądam w świecie pełnym zgiełku. Co za różnica, co powiedzą. Kogo to dotyka, gdy słońce wznosi ogród pełen kwiatów i dla nich wskrzesza kolejny dzień udręki. Bez tęsknoty nie mogę być człowiekiem. Nie chcę wentylatora. Nie chcę karmić się „niczym”. Chcę zamieszkać razem z kornikami. W podziemiu utworzyć bastion. W ciszy serca szukać mądrości, w półmroku odczytywać znaczenie przeszłości. Chciałbym z kornikową rodziną zasiąść przy stole i najeść się do syta drewnopodobnym materiałem. Drewno jest dobre, da się w nim rzeźbić małe oszustwa i nałożyć zamaskowaną twarz, żeby nie odgarnęli kim jestem. Najedzony, pełen wiary i wdzięczności, że udało się kolejny dzień przetrwać i ukryć przed tymi na górze swoje prawdziwe zamiary. Leżę, a mój brzuch pracuje jelitami. Co zjem, to mi niedobrze, ale inaczej się nie da.

Oskrobałem trzy ziemniaki. Małe bulwy połyskują w letnie południe jak porzucone ryby. Słońce wtoczyło się na samą górę. Wydawało mi się, że co raz trudniej jest mu kontynuować ten uparty marsz. Usiadłem przed oknem. Patrzę ludziom na usta i słucham, co mówią. A to, że nieczytelne są ludzkie grymasy, że słowa infekują trucizną emocji, że udawać trzeba, bo jak można pokazać prawdziwą twarz, gdy w telewizji wycieka idealna buźka, a to że politycy kłamią, a że koniec świata nadchodzi, że demokratycznie to znaczy sprawiedliwie, a niektórzy, że wręcz odwrotnie, że to głupie, no i jeszcze to, że miłosierdzie boskie i ludzka głupota nie znają granic. Umyłem uszy pod ciepłym strumieniem wody. Stoję przed lustrem i tęsknię za małymi, kolorowymi landrynkami z dzieciństwa.

Poczynić odpowiedni gest zjednoczenia pomiędzy marzeniem a właściwym wyborem. Bez sztucznego kompromisu i naginania rzeczywistości. Tęsknota w praktyce jest radykalna. Nie toleruje łuskania monologu, żeby wypełnić pustkę po kolejnym przegranym wyborze. Każdy taki krok oddala nas od realnej konstrukcji świata, w którym przenikamy siebie wzajemnie w jego słonecznym oddechu.

Tęsknota jest stanem aktywności. Działaniem w stroju szaleńca, jak na dzisiejsze kryteria. Jest też luksusem, niedostępnym na rynku finansowym. Nie można jej kupić, a ten kto, już nie tęskni, jest duchowym kaleką. Tęsknota bez działania jest metafizycznym oszustwem. I nikt nigdy wam nie uwierzy w pokrętne tłumaczenia, gdy nagle wyrzuceni z machiny czasu, znajdziecie się w prawdzie. Wszyscy wiecie, co mam na myśli.

A jeżeli nie tęsknicie, to przynajmniej włączcie wentylator. /au/