ŚWIAT ZA OKNEM W DWÓCH CZĘŚCIACH - najpierw ta pierwsza

Wystarczy wyłączyć telewizor i wyjrzeć przez okno, żeby popatrzeć na świat i zobaczyć ile w nim przepływa energii. Dookoła formują się ludzkie dzieje, niektórym wypadają włosy, inni idą po chodniku, część rozmawia ze sobą w nieustannej wymianie emocji i wrażeń, ptaki na drzewach świrują, że wszystko mają w dupie, pod ziemią dżdżownice budują mikroskopijne schrony, taką tajemniczą sieć komunikacyjną, z kominów ulatnia się ciepło, wszyscy gdzieś dźwigają w sobie jakieś sprawy, przemyślenia, kwestie trudne i banalne, łazimy tak każdego dnia a do tego samochody prykają dymem a my siedzimy w oknie i na to wszystko patrzymy. Matka ziemia, którą czynimy sobie poddaną. W nią, wraz z naszym prochami wsiąka wszystko, co po sobie zostawiamy. Nie ma co się łudzić. Prawda banalna i prosta. Tak jak wszystko co jest prawdą, bo w niej rzeczy ukazują się nam zrozumiałe i nie budzą sporów. No tak, to jakby to wszystko załatwić, żeby było dobrze. A le kto powiedział, że w ogóle coś jest źle. Są tacy, którzy tak twierdzą, zresztą wystarczy z powrotem włączyć ten telewizor i ukaże się nam sceneria, która prowadzi do niechybnej depresji.

Jednak świat w swojej materialnej rozciągłości i duchowej niepodzielności stawia nam granice, a dokładniej sami je sobie budujemy możliwością i siłą naszej woli. To wola odpowiada za wszystko, co dzieje się za naszymi oknami i my, właściciele pojedynczych, indywidualnych i niewidzialnych substancji zwanych wolną wolą. Jeżeli chcemy to się dzieje, kiedy nie działamy to dzieje się i tak, tylko bez naszej woli, ale i tak z naszym udziałem, bo wszędobylskiego procesu życia nie da się zatrzymać. W takim razie już lepiej we wszystkim uczestniczyć świadomie, czyli w nieprzekraczalnym dla nikogo innego kontinuum wpisywania siebie we wszystko, co nas otacza i jednocześnie zostawianiem części siebie we wszystkich bytach. Nawet jeżeli chodzi o agenta ubezpieczeniowego, czy też komornika. Świadomość pozwala na zagospodarowanie niewielkiego poletka w nas samych, na którym później wyrastają różne kwiatki, chwasty i wszystko to, co uzbieramy w wyniku wędrówki po świecie.

I kiedy tak patrzymy na ten niekończący się pochód wrażeń za oknem, stopniowo budzi się w nas pożądliwe pragnienie posiadania. Uzmysławiamy sobie że, ziemia jest porzuconym fragmentem rzeczywistości, która aż prosi się o to, aby uczynić ją sobie poddaną. Chcielibyśmy zagarnąć to nie pilnowane terytorium, rozpanoszyć swoją wolę w każdym zakamarku tego świata, rozciągnąć się wygodnie na pastwisku i z uwielbieniem konsumować. Potrzeba posiadania niczym zaraza opanowuje nasze zmysły, a ponieważ zawsze było nas dużo, to bardzo łatwo sobie wyobrazić, ile kombinacji i wysiłku wymaga zaspokojenie wszystkich roszczeń do świata. Nieodłącznemu stanowi zmęczenia, walki i gonitwy za czasem, towarzyszą rozlewiska niepokoju i lęku w nas samych, ponieważ drżymy na każda myśl o utracie i spoglądamy nerwowo za siebie. Każdy dzień staje się udręką, zmaganiem i sposobem na przetrwanie w chaosie rzeczywistość. Tylko że w prawdziwym posiadaniu chodzi o to, aby być właścicielem samego siebie, jedyny władcą swojego królestwa, a co często mylone jest z przygodnym stanem, jakim jest posiadanie materialne.

Chodzi o to, aby zajmować się światem wewnętrznym, poszerzać jego granice, zdobyć co raz to dalsze jego rejony, być imperialistą dla siebie samego i wielkim władcą swojego królestwa. Po co ładować się w życiorys innego człowieka, kiedy sami dla siebie ciągle pozostajemy zagadką. Lepiej zakumplować się ze sobą, potraktować swoje potrzeby poważnie, rozłożyć je przed sobą niczym na straganie, przyjrzeć się zawartości i coś tam w końcu dostrzec. Pewnie część trzeba będzie od razu wywalić na śmietnik, te bezużyteczne pomysły na swoje życie, jakieś naiwne projekcje na przyszłość, wyciąć mało sensowne relacje ze światem i na nowo zdecydować, kim tak na prawdę chcemy być./au/