TO SĄ WIADOMOŚCI OD TYPA, CO CZASAMI CZYTA - czyli coś na początek

Utknąłem w pociągu. Niewinny śnieg nakrył szarą ziemię i zrobiło się cieplej. Pociąg był pusty, a przy tym niepotrzebnie długi. Leżałem przygnieciony niemocą bezsennej nocy a wyblakły sufit obniżył się niebezpiecznie. Byłem uwięziony w tej poruszającej się machinie czasoprzestrzennej. Nagie szkielety drzew za oknem, wyznaczały moim myślom punkty zaczepienia, a te krążyły nad nimi jak wygłodniałe sępy. Postanowiłem nadać im swobodny dostęp do zasobów mojej duszy, tak aby nakarmiły się wnętrznościami mojego życia, które nie było już wędrówką po krawędzi, tylko szaleńczym opadaniem w dół. Najgorsze było w tym wszystkim to, że nadal się nie bałem. I to mnie niepokoiło najbardziej. Przypomniałem sobie swoje uwikłane pracą dzieciństwo i towarzystwo gwiazd. Potem lata upaprane głupotą i zniewolenie szaleństwem. No i to teraz, ta przepaść, ten pociąg za długi, te głupie sępy. Przewróciłem się na drugi bok. Tęskniłem za kawą, ale gdzie tu kawa. Albo chociaż za herbatą złocistą jak najczystszy potok. Zdechnę w tym bagnie. Tak właśnie pomyślałem.W dupie z taki gadaniem, zabieram się stad, i zwyczajnie sobie poszedłem do innego świata.

Leżałem na plaży. Prawie nagi, bo miałem na sobie przykrótkie spodnie. Leżałem a ciepły wiatr słońca oczyszczał moje ciało. Równa kreska horyzontu oddzielała błękit od głębin oceanu. Pieniste języki fal lizały gorący piasek a ja wtopiłem się w jego żółć. Po prawej stronie dostrzegłem nagą kobietę. Siedziała na plażowym krześle, takim typowym, z paskami. Czarne, gęste włosy opadały na jej jasną skórę. Czytała książkę i robiła to w sposób tak naturalny i pełen zaangażowania, że poczułem się bohaterem tej powieści. Właściwie to, że była naga odebrałem nad wyraz spokojnie, co więcej, stwierdziłem, że to zupełnie naturalne, zwarzywszy na sprzyjające warunki ogólne. Ona czytała a ja leżałem. Jej powłoka nosiła w sobie znamiona boskości i oplatała niewidzialnym pierścieniem kształt ciała, w kobiecości wyrafinowanej i subtelnie agresywnej. W oddali majaczyły lśniące grzbiety kamieni a po skruszonym niebie przesuwały się papierowe dekoracje chmur. Skinąłem grzecznie ręką na kelnera, po chwili przybył, przyniósł butelkę wina. Piłem je gęstymi łykami prosto z zimnej szyjki, rozlało się we mnie spokojem. Wzdłuż drogi, którą przebyła, został przeźroczysty warkocz stóp. Kobieta nadal czytała. Majaczyłem myślami po kosmosie za gangiem z Plutona i towarzystwem Yossariana. Ci z Plutona mogli by zorganizować nam jakiś wypad do którejś z tych odległych, ładnych planet, gdzie nikt nie zawraca nikomu głowy swoimi popieprzonymi teoriami na temat skończoności wszystkiego, bo wszystko jest nieskończone i gdzie nie trzeba tłumaczyć byle pajacowi, że nie każdy w telewizji to święty, tam dopiero mógłbym rozwinąć skrzydła, być może jakiś bar na spółkę z Yossarianem, kto wie, może nawet z Washingtonem Irwingiem. Siedzielibyśmy całymi godzinami i wspominali tego kretyna pułkownika Catharta, Dunbara i cycatą siostrę Duckett. Pewnie byśmy dużo pili, bo z takimi facetami nie da się nie wypić. Wieczory spędzałbym z człowiekiem Owcą i McMarphym na opuszczonych parkingach, gdzie można pograć spokojnie w piłkę. Nocą powracałbym do rozgrzanych ramion mojej zaczytanej, niebieskookiej kobiety, zaciągałbym ją do łóżka, żeby przypomnieć jej o skończoności wszystkiego, co nie pochodzi ode mnie.

            Dobry napój w butelce skończył się. Ponownie zjawił się kelner. Był nieco mniejszy od swojego poprzednika i chyba grubszy. Mniejsza o to. Bezbłędnie odczytał moje myśli i znowu schłodzone wino powędrowało we mnie cichą kaskadą. Poczułem się odpowiednio i wróciłem rozmyślań. Za moimi plecami usłyszałem dziecięce głosy. Były to dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Nie wiem dlaczego, ale mówiły o mnie tato i poczułem się nie zręcznie. Po pierwsze nie mam dzieci a po drugie bałem się, że zaraz zjawią się ich rodzice i posądzą mnie o jakieś dziwne zamiary. Jest teraz tak, że nawet podanie komuś ręki może być zrozumiane jako akt agresji. Ale chwila, bez sensu koleś, przecież to twój świat, więc tego typu głupie sytuacje nie powinny mieć miejsca, chociażby dlatego, że ich nie chcesz. No dobra, pomyślałem i zawołałem dzieciaki do siebie. Zrobiło mi się całkiem miło, w końcu niepostrzeżenie zostałem ojcem. Poza tym hałas przyciągnął spojrzenie owej kobiety i jakoś tak bez zbędnych wyjaśnień, budowania tego całego gmachu podtekstów, zabaw w podchody, głuchych telefonów i komentarzy na boku, zostaliśmy przykładną rodziną. Leżeliśmy teraz wspólnie na plaży, obtoczeni piaskiem jak panierowane kurczaki. Dzieci grały w piłkę z Yossarianem, ja i Mac Murphy obgadywaliśmy Majora Majora. Moja żona czytała książkę.

Nasze kłopoty ograniczały się możliwością wyczerpania mojej wyobraźni.

No i ona nagle się zająknęła. Tłum gęsty w ciżbie i chaotyczny jak pierwszy dzień po powstaniu świata, przewalił się przez wąskie gardło korytarza. Potem wektor kierunku uległ przemianie i znowu stopy ciężkie i obkute zagłuszyły jednostajny rytm pociągu. Wyszedłem z przedziały wiedziony instynktem stadnym, plemiennym i po prostu się zwyczajnie zainteresowałem jak to ja. W powietrzu dało się wyczuć wzrastające napięcie. Nawet szron na szybach zdawał się kreślić niepokojące emocje pasażerów. Wynurzyłem się odważnie całym ciałem i ostrożnie udałem się w kierunku warsu. Tam spokój, jakby przedsmak sielanki, więc pytam pana za ladą, grzecznie i jak w powieści, panie, a co tu ci ludzie tak tratują korytarze i co to znaczy, a on, że spokojnie, nic to takiego, że kible wszystkie pozamarzały i nie ma jak tych potrzeb sprawować, i tu zatrzymał się myślą głęboką jak rana w ziemi po pługu, pociąg zwolnił, on milczał, jak wpatrzony w niego jak w monstrancję i myślę, to się narobiło. Wróciłem powłóczystym krokiem w przestrzeń przedziału. Zawinąłem się w kurtkę i pomimo, że po Yossarianie nie było nawet śladu, to wiedziałem, że nie jestem zgubiony, bo gang z Plutona tylko czekał, żeby mnie zabrać pojazdem o cichym silniku na planetę, gdzie żyją ludzie, którzy nie muszą chodzić do toalety i ciągle tylko czytają, chłoną słowa, kreślą codzienność poza jej uciskiem. Zwyczajnie wierzą swoim marzeniom. /au/