A W TRZECIM NUMERZE KZO /MARZEC 2006/ - pojawił się taki tekst

pożar bloku nr 4 w elektrowni atomowej w czernobylu w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku był największą tego typu katastrofą na świecie. sam świat dowiedział się o niej nieco później, gdy radioaktywna chmura zaczęła niebezpiecznie rozprzestrzeniać się w różnych kierunkach. byliśmy kompletnie nieświadomi tego, co działo się wokół. gdzieś pomiędzy dawką lugolanu, a informacjami przekazywanymi przez rodziców, sprawą najwyższej wagi był sposób zdobycia saletry, niechętnie sprzedawanej smarkaczom w pobliskim supersamie oraz skuteczna metoda ukrycia podawanego w przedszkolu śledzia w śmietanie. celem poszukiwań były historyjki z donaldów przywożonych z faterlandu przez niektórych ojców. zbieraliśmy też czwórki, które w nieokreślonej liczbie miały pomóc jakiemuś inwalidzie.

hitem podwórka była zabawa w chowanego, rozpoczynana od rzucanego znienacka hasła: kto ostatni do hydry ten kryje! bez podziału na mądrych i głupich, ładnych i brzydkich, grubych i chudych. wszyscy mieli równe szanse i tak jak w życiu - ktoś był pierwszy, ktoś ostatni. jednak nigdy na stałe. wtedy też usunęli drzewo, na które uczyliśmy się wspinać. najpierw odcięli gałęzie, a potem przewrócili pień. tak po prostu.

pożar bloku numer cztery i wszystko, co wydarzyło się zaraz potem, nie mogło więc zrobić  wrażenia. zbyt wiele działo się na naszym podwórku. prawdopodobnie i tak nie zmieściłoby się w małych głowach, że gdzieś, zupełnie niedaleko, umiera miasto. dokładnie takie samo jak nasze, z blokami wokół placów zabaw, sklepami przy głównych chodnikach i osiedlowymi domami kultury. dziś,  gdy oglądam fotografie, tamto miasto wciąż przypomina nasze. z jedną różnicą. tam nikogo już nie ma. podobno nawet teraz w mieszkaniach można znaleźć talerze pozostawione na stołach i zeszyty rozrzucone po podłodze. tak jakby właściciele wkrótce znów mieli się pojawić.

w tym czasie w naszym bloku mieszkał starszy mężczyzna. każdego dnia, bez względu na porę roku i pogodę, wychodził z psem na spacer. razem pokonywali zawsze tę samą trasę: najpierw chodnikiem wzdłuż ulicy, do skrzyżowania, potem w prawo, lasem na plażę i znowu przez las prosto do domu. ten człowiek miał żonę i dzieci, a my doskonale wiedzieliśmy, dlaczego nie było ich przy nim. w bloku zamieszkanym w większości przez robotników, bywało, że wódka lała się obficie, a nocami słychać było odgłosy libacji, docierające z kilku sąsiednich mieszkań. ten człowiek zapytany przez najodważniejszego z nas, opowiedział pewnego dnia kawałek swojej historii. mieszkał z rodziną na wsi, gdy wybuchła wojna. właściwie nie wiadomo kiedy postanowili znaleźć miejsce, gdzie spokojnie mogliby przeczekać wojnę. zanim wyruszyli, mężczyzna obsiał nawet pole, by po powrocie mieli co jeść. chociaż raczej po to, żeby było do czego wracać. wyruszyli wozem załadowanym po brzegi pierzynami, jedzeniem i ciepłymi korzuchami, na wypadek, gdyby zima zaczęła się wcześniej. on, jego żona i dzieci. uciekali mijając kolejne wsie, gdzie w domach gromadziły się rodziny - po kilka w jednym budynku. postanowili więc zawrócić. nie miało sensu szukanie dla siebie kąta gdzieś, gdzie go po prostu nie było. gdy z powrotem dotarli do wsi okazało się, że ich własne miejsce także nie należy już do nich. dom zajęli ludzie, którzy podobnie jak oni, uciekli z nadzieją, że być może uda się w spokoju przeżyć wojnę.

ten człowiek wkrótce umarł. został tylko pies. każdego dnia pokonywał zapamiętaną drogę. tę samą, którą spacerował ze swoim panem. tak po prostu.

potem przyjechał papież, dwa lata później czasy się zmieniły. zaczęliśmy chodzić do szkoły, gdzie nie uczono już rosyjskiego. w wolnych chwilach wznosiliśmy miasta z sześciokątnych płyt rozsypanych przed blokiem, a kraina morsów stopniowo traciła swój mistycyzm. nie pamiętam, kto po raz pierwszy nazwał ją krainą, a tym bardziej nie wiem dlaczego należała do morsów. być może nasi rodzice posiadali lepszą wiedzę na temat siły dziecięcej wyobraźni, niż mogło nam się wydawać. kraina była miejscem zakazanym, gdzie każde przekroczenie furtki powodowało dreszcz niepokoju, a każdy pobyt zakończony szczęśliwym powrotem dawał pewność, że jesteśmy niezniszczalni, że nic nie jest w stanie nas pokonać. z resztą w tej pewności utwierdzały nas kolejne upadki z rusztowania, huśtawki, czy dachu hydroforni, po których, jak po rozmowie z chrystusem, każdy wstawał i o własnych siłach wracał do domu. nie trzeba było nawet uwierzyć.

w dniu komunii, ubrani w niebieskie garnitury i białe sukienki, testowaliśmy rower ofiarowany komuś przez zamożnego wujka-prywaciarza. graliśmy też w piłkę. w tak ważny dzień rodzice nie pozwolili się przebrać. nikt z nas jednak nie pamiętał, że to niezwykła niedziela, że staliśmy się częścią wspólnoty, a każdy grzech będzie odtąd trzeba wyznać głośno. denerwowało nas tylko, że ciało chrystusa przywiera do podniebienia i w żaden sposób nie można go odkleić językiem.

potem jednego z nas zabrakło, kiedy wracał z ojcem z wakacji. mimo że pogoda była piękna, a widoczność doskonała, nie udało im się uciec, gdy zza zakrętu wyskoczyła ciężarówka. rów albo drzewo, sami nie wiedzieliśmy. ze szpitala wrócił tylko ojciec. pamiętam zaparkowany przed domem autobus, który zawiózł nas na cmentarz. mama nie chciała jechać. zawsze uważała, że na nasze uczestnictwo w pogrzebach przyjdzie jeszcze czas. przekonaliśmy ją jednak, że trzeba, że przecież wszyscy jadą.  potem niektórzy mieli sny, choć nikt się nie przyznał. nie było potrzeby. dużo wcześniej zaczęły rodzić się w nas podejrzenia - nie byliśmy już niezniszczalni.

kilka lat później nie pamiętaliśmy już, że ktoś umarł. pamięć zatarła także wszystkie podobieństwa. nawet wspomnienie o  strachu przed zaciętymi drzwiami windy, który w każdym z nas był kiedyś tak samo silny. kilka lat później jedni stali się młodymi rodzicami, inni wyruszyli do szkół, jeszcze inni rozpoczęli swoją własną kontestację. przestaliśmy pozdrawiać się na korytarzu. więcej zmian nie zaszło.

teraz znowu w centrum zainteresowania jest podwórko, a umysły zaprzątają sprawy ważniejsze niż katastrofa tuż obok. wciąż o niczym nie wiemy, więc nic nie robi na nas wrażenia. choć dziś w wyścigu nie wszyscy mają równe szanse, a wieczorem nikt go na chwilę nie przerwie, wołając przez okno, że pora na kolację, to ucieczka wciąż wydaje się rozsądnym rozwiązaniem. pamiętam jednak jak opowieść zakończył właściciel psa. powiedział, że bóg dawno wyznaczył każdemu drogę i miejsce. ucieczka nie ma sensu, bo nawet jeśli drzwi pozostaną otwarte, może się okazać, że nie będzie już do czego wracać.